Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy (Łk 13, 12)

Czas to miłość

Nie mam czasu, bo kiedy tylko wydaje mi się, że jest mój, że mogę nim swobodnie rozporządzać, on ucieka. Kiedy chwytam go w dłoń i oglądam z zadowoleniem, jest już nieobecny. Ja nie mam czasu, to on mnie ma w garści. To on mnie nawołuje – tak, bądź twórcza, bądź zorganizowana, ale pamiętaj, że swojej wartości nie mierzy się przez jak największe skumulowanie pracy, spotkań i zadań jakby stwierdzenie nie mam czasu było komplementem wymierzonym w samego siebie. Chcemy być mega produktywni, zabiegani, chcemy mieć kalendarze wypełnione na zaś i po brzegi, tak jakby to była obietnica osiągnięcia czegoś i bycia kimś. Jak najwięcej zrobić, jak najmniej mieć luk. Może i po to, by nie mieć ani chwili na przyjrzenie się swojemu odbiciu w lustrze i dostrzeżenie pierwszych zmarszczek. Twarz pudruje się przecież szybko, studiuje znacznie dłużej.

W pierwszych tygodniach po porodzie byłam rozdarta szczególnie w tych momentach, kiedy to maluch mający problemy z samodzielnym i spokojnym zasypianiem, jednak zasnął. Jeeeest, sukces, śpi! Półszeptem okrzyk radości, zadowolenie, duma i wszystko, co wzniosłe, a po chwili dylemat nieznajdujący dobrego rozwiązania: to co teraz? Położyć się koło niego, odespać (albo adorować jego bezbronność i piękno tak niesamowicie cudowne wtedy, kiedy śpi)? Czy jednak włączyć w sobie perfekcyjną panią domu i odkurzyć te zakamarki, które nie przeszłyby testu białej rękawiczki (a więc prawie wszystkie!) albo wybić się na wyższy poziom doskonałości i upiec chrupiące zbożowe ciasteczka, a potem opakować je i ustawić na stole, by przywitały zgłodniałego męża? A może jednak nadrobić zaległości książkowe, które ustawiły się w pokaźną stertę na oknie, napisać obiecany artykuł, przejrzeć korespondencję, maila i facebooka? A może odpocząć? I często, naprawdę często, albo te rozważania zajmowały połowę jego drzemki, albo mimo wyboru kończyły się wyrzutem sumienia – no tyle mogłaś zrobić przez te pół godziny, Pani Kasiu! A Ty tylko zdążyłaś wyjąć masło z lodówki i przełożyć książkę na stoliczek. I nie ma zlituj się. Iruś nie poczeka. Za to pozostaje w głowie ten smak porażki i trudność, by teraz już być dla niego w całości. Choć na tę chwilę. I chociaż zdobywam się na wyżyny moich wielozadaniowych zdolności robiąc kawę, zupę, zmywając, pilnując dziecka i odpowiadając na maile w jednym czasie, to jednak czas ma mnie w garści. Czas uczy mnie sztuki wyboru, selekcji i pokory. Czas mnie uczy, że jest z Boga, a Bóg jest Miłością. Więc rację miał kardynał Wyszyński „ludzie mówią: czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas to miłość!”.

Więc jeśli już w jakiś sposób nie mam czasu, to wcale nie znaczy, że go nie mam. Mam. Ale nie na wszystko. Chcę go wymieniać na to, co bezcenne. Chcę mieć też rezerwę na to, co może przyjść. Nagle i niepowtórnie. 

Na bycie dla dziecka, bycie mamą, która wsłuchuje się w bicie serca dziecka i próbuje patrzeć na świat jego oczami. Która zapamiętuje i zachowuje to ulotne i tak szybko rozwijające się życie.

Na bycie dla męża. Bo to nieprawda, że wszystko kiedyś tam da się nadrobić, że jeszcze zdążymy pół świata objechać i spełnić swoje trzy życzenia. Spieszymy się kochać i zabiegać o siebie. Tak nieudolnie czasami, tak jak dzieci w piaskownicy, ale drugiej szansy nie będzie.

Na bycie z samą sobą. Choć to bywa niekiedy trudne, bardzo uciążliwe. Na badanie swojego serca jak labiryntu, który mnie nieustannie zaskakuje.

Na te nieliczne, acz drogocenne, luksusowe relacje przyjaźni.

Na bycie z Bogiem. A więc na czerpanie Życia. I odczytywanie, jak czas kochać, jak go wypełniać, jak go dzielić, by się mnożył. Jak go czasem uczynić najzwyklejszą codziennością i ciszą, i smakiem herbaty z samą sobą, i wyśpiewanym psalmem, i gotowością na każde wezwanie. Ale jeśli Miłość jest wielka, to i czas jest wielki.

 

Piszę, ale nie tylko tutaj.

Dzieje się wiele. Bo życie jest także (!) poza Internetem. Bo życie się dzieje. Między ludźmi. Między Bogiem a ludźmi.

Czytam i niebawem podzielę się tym, co czytam.

I szukam podręcznika gospodarowania czasem w miłości.

I swojej kobiecości w byciu dla.

Bo inaczej traci się czas po ludzku, inaczej po Bożemu.

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

1 komentarz

  • Charles

    Charles

    Link do komentarza środa, 25, styczeń 2017 09:42

    Fantastic website. A lot of useful information here. I'm sending it to a few pals ans also sharing in delicious. And naturally, thank you in your sweat!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę