Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was (1 P 5, 7)

Szczęśliwa wbrew wszystkiemu

Co mnie u-szczęśliwia? Uśmiech dziecka o świcie i tuż przed snem. Smak mocnej kawy dla otwarcia oczu. Spacer z Ukochanym bez pośpiechu z prostym celem wydreptywania wspólnej ścieżki. Śpiew uwielbienia i cisza spotkania z Jezusem. Dobre słowo, które ktoś powiedział, choć wcale nie musiał. Tęcza po burzy. Dzień wolny od pracy, kiedy nie trzeba wychodzić nigdzie, nie trzeba gonić zegarków ani autobusów. Ciepłe jeszcze ciasto z najprostszego przepisu, na które ktoś w domu czekał i aromatyczna, gorąca zupa w chłodniejsze dni. Zapach ulubionych perfum. Książka, która prowadzi serce i wzrusza. Zapiski, które pozwalają uporządkować myśli. Rozmowa z przyjaciółką. List w papierowej kopercie.

Tylko... czy to jest prawdziwe szczęście? Czy mogę je budować na tym, co tak ulotne? Bo skoro tak niewiele może mnie uszczęśliwić, to i niewiele brakuje, by to wszystko zburzyć. Czy można być szczęśliwą wbrew wszystkiemu? 

Czasem całkiem odwrotnie - czujemy się nieszczęśliwe właśnie wbrew wszystkiemu. Wtedy, kiedy nie ma żadnych obiektywnych powodów, by się smucić (to zazwyczaj najbardziej logiczne męskie uzasadnienie, które wtedy absolutnie nie pomaga). Kiedy jest tak ani wspaniale, ani beznadziejnie. Uczymy się uzależniać szczęście od wielu czynników. Od pogody, od przespanej lub nie nocy, od ilości zadań do wykonania, od jakości naszych relacji, od usłyszanego lub nie „kocham cię”, od naszego porannego odbicia w lustrze, od pustki lub przepełnienia skrzynki mailowej, od humorów dzieci, od lekkości lub trudności na modlitwie, od wszystkiego prawie, jakby szczęście było naprawdę ulotne i chwiejne, jakby pojawiało się i znikało jak słońce jesienią, jakby nie mogło być stanem, a tylko emocją, i to jedynie pozytywną. Szczęście nie zawsze musi wyglądać jak radość, może mieścić w sobie różne barwy, także te ciemne. Tak jak szczęście w małżeństwie nie przekreśla kłótni i kryzysów, tak moje szczęście nie przekreśla rozczarowań, smutków i trudności. I tego, że nie zawsze będzie łatwo, przyjemnie i lekko. Że czasem trzeba będzie wyjść poza ciasny kołnierz swoich emocji, żeby zobaczyć, że wcale nie jest tak źle. Że naprawdę jestem szczęśliwa.

Ale chyba nie mieści nam się tak do końca w głowie, że można być szczęśliwą nawet wtedy, kiedy nie ma fajerwerków, kiedy jest tak nawet nijak, albo kiedy jest źle. Kiedy upadamy, kiedy jesteśmy osamotnione, kiedy wszystko zdaje się sypać, kiedy nie ma nadziei na zmianę. To tylko powierzchnia, to zaraz – wcześniej czy później – minie. A co będzie dalej? A co jest głębiej? 

Czasem wydaje się, że do szczęścia brakuje tak niewiele, że nawet dobrze wiemy, czego nam brakuje, co sprawiłoby, że w końcu byłybyśmy szczęśliwe. Wymarzony dom z ogródkiem albo chociaż małe ciasne, ale własne mieszkanie. Dziecko, które można utulić. Mężczyzna, któremu można ślubować miłość. Albo inny, lepszy, pobożniejszy, odważniejszy mężczyzna niż ten nasz. Jeszcze jedne studia. Wymarzona praca. Kilkanaście kilogramów mniej. I takie tam inne sobie składane obietnice, a Bogu wypominki: byłabym szczęśliwa, gdyby. A może wcale nie byłabym? 

Poczucie najgłębszego szczęścia jak mocne poczucie własnej wartości nie jest warunkowe. Prawdziwe Szczęście nie zależy od okoliczności, od dnia, od tego, co nam się (nie)udało, od tego jak bardzo nas ktoś pokochał, od tego ile jeszcze czasu mamy dla siebie, ile wpłynęło na konto w ostatnim miesiącu, ile braków nam ubyło.

Coraz bardziej lubię te dziwne, jakby z innego poziomu pytania mojego męża o szczęście. Uczę się odpowiadać mu z przekonaniem i pewnością (jak nikt wyczuje przecież zawahanie): - Tak, jestem szczęśliwa. Bo wtedy sobie przypominam, że naprawdę jestem szczęśliwa. Choćby nie wiem co. Szczęście nie zależy od nikogo innego, nawet od niego (choć najłatwiej mi na niego właśnie zrzucać ten ciężar odpowiedzialności), tylko ode mnie. Od tego, czy pozwolę sobie na szczęście gdzieś tam w samym środku siebie - w sercu, gdzie nie ma już dostępu żadna okoliczność, zmienność czy tymczasowość. 

Bo Szczęście jest w Nim i dzięki Niemu. Tak jak i ja.

Ja mogę więc cała być szczęściem.

Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, którzy zachowują ufność w swym sercu. (Ps 84, 6)

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę