Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości! (Dz 16, 14)

Błogosławione „pomiędzy”

Błogosławione „pomiędzy” rys. Katarzyna Marcinkowska

Nie jestem już nigdy sama, „zatracam” w całkowitej wolności swoją autonomiczność i niepodzielność, ale wciąż dla wielu osób stwierdzenie „jestem mamą”, brzmi co najmniej dziwnie. Może nawet dla mnie samej jest to jeszcze określenie trudne, górnolotne, oswajam się z nim, ciągle nie dowierzam – jakby bicie małego, innego serca, choć ukryte, było niewystarczającym dowodem. A tak naprawdę jakby samo pozwolenie dziecku dorastać we mnie było zbyt małą zasługą, niegodną jeszcze szczytnego miana macierzyństwa.  

Stan błogosławiony to przedziwny czas bycia „pomiędzy”, czas oczekiwania, ale też czas rozdarcia, przejścia przez most, który łączy dwie odmienne tożsamości: mnie-samej i mnie-matki. Kim teraz jestem? Bo kim byłam i kim mam się stać, to czuję, ale kim jestem w tej drodze, na tym moście?

W kulturze ludowej stan „pomiędzy” był uważany za bardzo tajemniczy, wręcz złowrogi. To, co nie było dookreślone, bez konkretnej tożsamości, było nawet uważane za niebezpieczne, mroczne, niestabilne, a więc zagrażające porządkowi świata. Taki status miała np. panna młoda, która nie była już panną, ale dopiero stawała się mężatką. Była jakby zawieszona między dwoma światami, a do żadnego nie pasowała bez zastrzeżeń – już i jeszcze. Stan błogosławiony ma w sobie coś ze stanu narzeczeństwa: dorastanie do innej roli, dojrzewanie do nowej sytuacji i trwanie w pewnym zawieszeniu, w niedookreśleniu, w poszukiwaniu samej siebie. Niby wiesz, co się ma wydarzyć, wiesz, z czym wiąże się to, co ma nadejść, a jednak masz poczucie, że jest pewien czas teraz, którego nie można zasłaniać tym nadchodzącym kiedyś, nawet wkrótce, ani tym, co już było. I choć stokrotnie już zadawałaś sobie pytanie o to, „kim jesteś”, pojawia się nowa potrzeba odpowiedzi. 

Stan tego przechodzenia przypomina mi także czasy nastoletnie, gdy słyszałam, że nie jestem już dzieckiem. Wiedziałam przecież o tym, czułam to. Nie byłam już dziewczynką - to zdrobnienie nie pasowało tak dobrze jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jednak nie byłam też dorosłą kobietą, a nazwanie tak samej siebie w tamtych czasach spotkałoby się z ironicznym uśmiechem – innych osób, ale też moim. Pamiętam dobrze, że jako dziecko zastanawiałam się, o czym są grube książki pozbawione obrazków, które czytała moja mama. Czułam wobec nich swoisty respekt. Nie przed ich długością czy nieinteresującą okładką, ale przed treścią, której, jak mocno wierzyłam, nie byłabym w stanie wtedy zrozumieć. Wiedziałam, że mój młody umysł nie wyłapałby wszystkich niuansów fabuły i zawiłych wątków. Pogubiłabym się jak w labiryncie, z którego wyjść mogą tylko wtajemniczeni. I poczułam się bardzo dziwnie, gdy przypomniawszy sobie o tym kilka lat później zrozumiałam, że już nic tak trudnego przede mną nie ma, że jestem w stanie zrozumieć najbardziej zagmatwane losy zapisane nie tylko w powieściach, ale też w życiu. Kiedy jednak stałam się dorosła? Nie pamiętam. Nie wiem. Nie były dla mnie wielką zmianą 18. urodziny, ani te 20. czy kolejne... Nie poczułam też, że ten moment to wyjazd na studia do innego miasta, rozłąka z rodzicami czy nawet zamążpójście. Kiedy więc zaczynam myśleć o sobie jako o osobie dorosłej – sama nie wiem. To też jest długi most do przejścia - dojrzewania, ukobiecania się, wyrastania z ulubionych sukienek i odkładania na półkę ulubionych lalek z nadzieją, że inna mała dziewczynka kiedyś po nie sięgnie. A ja razem z nią.

W ciąży podobno naturalnym odczuciem jest zacieranie się granic między mną a dzieckiem. Nie jest to zresztą bardzo dziwne, przecież nie jestem w stanie nigdzie wyjść bez tej milczącej, ale dającej o sobie znać, Obecności. Nie możemy siłą woli oddzielić się fizycznie nawet na chwilę od siebie. Dwie zupełnie różne osoby, dwa niezależne istnienia, a jednak nierozdzielne. Jesteśmy na tę bliskość „skazani” przez kilka miesięcy nawet w tych sytuacjach, w których chciałoby się zostać zupełnie samemu tak, by nikt podsłuchiwał, by nikt nie zagłuszał rytmu własnego serca. Stanowimy przez pewien czas najbardziej zgrany team na świecie, zgodny, niekłótliwy. I to bycie razem zmienia mnie, kształtuje nie tylko moje macierzyństwo, ale całą moją tożsamość.

Matka przychodzi na świat razem z dzieckiem, ale przecież dziecko nie pojawia się gotowe w jednej chwili, nie zaczyna istnieć w momencie narodzin, nawet jeśli jego życie uparcie liczymy od porodu, wpisujemy w metryki i świętujemy co roku. W chwili poczęcia, choć jest Ono już określone i całe, nie jest jeszcze gotowe do samodzielnego życia w naszym świecie, a więc czeka. Czeka na odpowiedni moment, też jest gdzieś pomiędzy, dojrzewa, przygotowuje się. I może tylko to nas różni, że Ono nie wie o swoich przygotowaniach. Jakże wielki jest Dawca Życia, który to wszystko obmyślił.

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę