Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: <<Nie płacz!>> (Łk 7, 13)

Nie dać sobie odebrać Radości

Kiedy naprawdę jest we mnie radość... jestem jak ta dziewczynka :-) A Wy? Kiedy naprawdę jest we mnie radość... jestem jak ta dziewczynka :-) A Wy?

Są małe i duże radości. A może radość wcale nie jest stopniowalna? Tak jak szczęście? Małe i duże mogą być ich przyczyny. Małe lub duże mogą nam się wydawać. Mogą być jak gwiazdki spadające z nieba, nagle i to w biały dzień (takie nawet trudniej zauważyć). Albo codzienne drobiazgi i wydarzenia, które można smakować jak najwyborniejsze wino albo luksusowe ciasteczka, można otwierać je jak prezenty, ciesząc się jak dziecko, które w tej radości rodzice już ledwie poznają. (Bo ono jest całe radością.) Można je też po prostu przegapić, czekając na coś wielkiego, zamiast tworzyć samodzielnie radosną mozaikę z tych elementów, które otrzymujemy - czasem całkiem do siebie niepodobnych.

Lubię te małe i te duże. Te małe zdarza się częściej i wymaga więcej uwagi. O te małe zwykle trzeba bardziej zawalczyć. A czasem wystarczy tylko chcieć je zobaczyć i chcieć się ucieszyć. Te duże nietrudno zauważyć, ale taką wielkość, niezwykłość i niecodzienność tej radości można całkiem łatwo umniejszyć. Jakże paradoksalnie! Można się jej wyrzec, można ją zniszczyć albo pozwolić, by ktoś, kto chce w nas jedynie podziału i niepokoju, ją zniszczył. Miewam takie pokusy.

Ostatnio spadła mi z nieba pewna gwiazdka. Taka, co miała się na tym niebie moich marzeń całkiem dobrze. Bezpieczna była ta duża odległość i jej nie-realność. Ale ona spadła, usadowiła się obok i uśmiechnęła do mnie. Oto jestem! Tu i teraz. I co, zdziwiona? A jakże! No pewnie, że zdziwiona, buzia nie chciała się z tego zdziwienia zamknąć. To ty jesteś realna, bliska, to ty jesteś tutaj, już? Nie tak miało być. Gdy już pierwsze zadziwienie mija, zaczynam się jej uważniej przypatrywać. Jak by ją teraz nieść, jak ją pielęgnować, jak ją dźwigać, jak się o nią troszczyć? A co z nią dalej będzie, a czy to na pewno ta, a nie inna? Czy sobie rąk nie poparzę? Czy mi zaraz nie pryśnie jak bańka mydlana? A teraz to trzeba cały grafik przestawić, teraz to… same z tą gwiazdką kłopoty. Pytania, troski, dylematy, konflikty wewnętrzne i zewnętrzne. Jak jej nie było, było prościej. Nie mniej narzekania niż wcześniej.

I wtedy ktoś mnie zapytał, czy naprawdę chcę dać sobie odebrać tę radość? Czy te zmartwienia, że łatwiej było, jak jej nie było, to rzeczywiście są potrzebne? Czy nie lepiej wrócić do marzeń, zacząć je z tą gwiazdką realizować i weryfikować. Cieszyć się z jej bliskości, z tego jej bycia tu i teraz. To nasz czas! No to wracam do tych marzeń, maluję je jeszcze raz i cieszę się podwójnie i obmyślam, co z tą gwiazdką będę robić. Oswajam ją. I rzeczywistość przerasta marzenia. I odkrywam jak dużo łatwiej tak się nią cieszyć i mieć w sobie entuzjazm. I ten dziecięcy zapał – ile to jeszcze można z nią zrobić! Radość odzyskana, radość przywrócona. Tak oczywista miała być, kiedy jej wcale nie było. Człowiek uczy się całe życie! 

Jest i u mnie inna radość z kalibru tych średnich, ale raczej dużych, którą też rozważam w kategoriach umiejętności cieszenia się. Wyjeżdżamy już niebawem w nasze wymarzone miejsce. Na wyczekany odpoczynek, zwiedzanie, bycie razem, kolekcjonowanie wspólnych doświadczeń i przygód. Na taką trochę sentymentalną podróż, trochę na zupełnie nowe. Na nasze rzymskie wakacje. Kiedy rezerwowaliśmy bilety, perspektywa była odległa o dziesiątki nieprzespanych nocy i kilkanaście kursów. To była dobra perspektywa czekania na rozkwitanie mleczy. Ale im bliżej spełnienia, tym więcej do zrobienia. Żeby jeszcze zdążyć z tym i tym. Żeby się zapakować! O, to jest najgorsze - dobrać odpowiednie ubrania, wystarczającą ilość, zabrać wszystkie konieczne gadżety, żeby potem całą drogę nie narzekać, żeby nie wydać za dużo, ale żeby nie zabrakło. Same kłopoty i zmartwienia z taką wielką radością! Ale nie – nie chcę sobie odebrać i tej (co prawda wątpliwej) radości pakowania walizki, przygotowywana kanapek, ustalania tras. Chcę się tym cieszyć jak dziecko kolejną gwiazdką. I dziękować za nią.

Utkwiły mi w głowie słowa, nie wiem już czyje, że najtrudniejsze chwile przeżywa ateista, kiedy chce dziękować, ale nie wie komu. Jak dobrze jest wiedzieć Komu dziękować. Za wszystko. Za to małe i duże. Za to łatwe i trudne, co wcale nie przypomina źródła radości na pierwszy rzut oka. Ale nie tak z wyrachowania, bo wypada, tylko z dziecięcym entuzjazmem. Dziękować właśnie tą radością. Ona brzmi jak dziękuję, może nawet dziękuję bardzo. Takie też podziękowania najbardziej lubię jako mama.

*** 

„Szczęśliwy lud, co umie się radować: 
chodzi, o Panie, w świetle Twego oblicza. 
Cieszą się zawsze Twoim imieniem, 
wywyższa ich Twoja sprawiedliwość. 
Bo Ty jesteś blaskiem ich potęgi, 
a dzięki Twej przychylności moc nasza się wznosi.” 
(Ps 89, 16-18)

„Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie.” (1 Tes 5, 16-18) 

 

 

 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Więcej w tej kategorii: « Trzy Niewiasty Mamo, dziękuję »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę