Logo
Wydrukuj tę stronę

Zdesperowana. Nadzieja dla mamy, która potrzebuje oddechu

Złapać głęboki oddech? Tak bezkarnie? Tak, by napełnić płuca powietrzem i odzyskać siłę? Przy małych dzieciach? Mimo desperacji a może własnie w akcie desperacji? Młode mamy, nawet te zdeklarowane jako bardzo szczęśliwe i spełnione, w którejś chwili zwykle mogą wyznać, choćby szeptem: są dni, kiedy jest ciężko. Kiedy nie wiem, jak się nazywam. Kiedy nie wiem, jak odpocząć, kiedy zastanawiam się czym właściwie jest to macierzyństwo i dokąd ta droga mnie prowadzi. I czekam na dobre słowo.

Dziś więc coś dla takich mam. Dziś o potoku Takich Słów. Dobrych. Nawet bardzo dobrych.

Książka Zdesperowana. Nadzieja dla mamy, która potrzebuje oddechu (autorki: Sarah Mae, Sally Clarkson, wyd. św. Wojciecha, Poznań 2015) towarzyszyła mi podczas ostatnich dni oczekiwania na narodziny Stefanka i całkowicie mnie oczarowała. Zaczynając już od niezwykle pięknej formy – dwugłosu mam: Sary i Sally, przyjaciółek o różnym stażu małżeńskim i macierzyńskim. Dwa spojrzenia: bycia w środku tych doświadczeń, z trójką maluchów u boku i spojrzenia już z dystansu, ze stażem małżeńskim mierzonym w dziesięcioleciach i dorosłych dzieciach. Ten dwugłos autorek wprowadza mnie w zachwyt nie tylko nad spojrzeniem na tę samą sprawę – podobnie, choć  inaczej, ale także nad siłą kobiecej przyjaźni i wsparcia. To siła modlitwy, dzielenia się sobą czy po prostu - spotkania przy kawie. 

Treść książki obejmuje bardzo szeroki obszar trudności, z jakimi borykają się młode mamy - trudnych emocji, niewiary w swoje siły, zmęczenia, poczucia osamotnienia, zniechęcenia... Przeczytamy więc o zmianach w życiu, które przynosi macierzyństwo i każde kolejne dziecko, o zderzaniu się marzeń i rzeczywistości, o byciu (nie)przygotowaną i o sztuce odnajdywania siebie w macierzyństwie, o walce matki – o dzieci, o samą siebie, o relacje z innymi, a przede wszystkim o relację z Bogiem. Słowo pokrzepienia, pocieszenia, wzmocnienia czy motywacji - jestem niemal pewna, że każda mama znajdzie coś dla siebie.

Mnie szczególnie ujęły dwie kwestie. Po pierwsze, podejście autorek do zarządzania domem i jego estetyką, i szerokim ujęciem tego, co możemy przekazać i powiedzieć dzieciom poprzez naszą troskę o otoczenie (ale także szerzej - poprzez troskę o to, co dla nas ważne, poprzez wybór tego, co naprawdę chcemy im dać i jak chcemy je kształtować). Posłuchajcie.

„Kiedy zajmuję się moim królestwem, wlewając w nie życie i wypełniając je pięknem, komfortem i ciepłem, mówię sobie, mojej rodzinie i innym: <<Kocham was! Zapraszam do środka, rozprostujcie nogi i zostańcie tu na chwilę. Jesteście mile widziani!>>. Zupełnie nie chodzi tu o posiadanie domu, który przypomina muzeum. Chcę mieć porządek (gdzie znów są moje klucze?), ale nie dążę do perfekcji. Nawet jakbym chciała, to nie dam rady, bo kłóci się to z moim charakterem. Ale podejmuję świadomie decyzję, aby włożyć wysiłek w tworzenie miłego domu, gdzie ludzie poczują się kochani i znajdą spokój.” (Sarah)

A jeszcze bardziej zapadło mi w serce przesłanie o tym… czyj głos jest najważniejszy. Ja wiem, oczywiście. Wiem, że Jego. Ale czasem zapominam, gdy jest tak przyziemnie. Gdy trzeba zmieniać trzecią pieluchę w ciągu godziny i znów myć dziecięce, zabrudzone jedzeniem łapki. Jest tyle różnych teorii, tyle rad, tyle nie i tak, trzeba i nie wolno. A to o jedzeniu, o smoczku, o spaniu, o bajkach, o zabawach, o uczeniu dyscypliny, o zabawie z innymi dziećmi, o potrzebie rówieśników itd. Ale moje dzieci są wyjątkowe. Jak każde dziecko. Każde z nich. Klucz do ich serca nie leży w żadnej teorii, nikt nie powie mi jak mam je wychować, jak mówić, aby mnie słuchały, jak przekazać im wiarę, by jej nie utraciły. One są niepowtarzalne w swojej osobowości, która właśnie się kształtuje, ze swoim temperamentem, którego nikt z nas im nie wybierał. Ja je odkrywam. One odkrywają się przede mną dzień po dniu, czasem z zupełnie innej strony. Każdego dnia na nowo.

(Nie)dobra mama, (nie)grzeczne dziecko, (nie)dobre wychowanie – jak to łatwo powiedzieć, a jak to niewiele znaczy. Czuję się coraz bardziej wolna i coraz bardziej otwarta nie na to, co podpowiadają blogerki parentingowe, co piszą w bestsellerach, co mówią te bardziej doświadczone, ale otwarta na to, co szepce mi Pan bardzo delikatnie do serca. Nie zawsze słucham, czasem chcę wypróbować zachwalane metody, ale kiedy tracę siły, kiedy uświadamiam sobie, że one wcale nie skutkują albo czuję, że one nie są w zgodzie z nami, wtedy szukam pomocy u Niego: Panie, jak mam dotrzeć do serc moich dzieci? Prostuj nasze ścieżki. Podpowiadaj mi słowa, które mam im mówić, piosenki, które mam im śpiewać i wiersze, które mam dla nich układać. Dawaj mi natchnienia do zabaw i do gospodarowania naszym wspólnym czasem. I naprawiaj moje błędy, bo Ty znasz wielkość mojej słabości i mojej miłości. Ty przecież znasz te dzieci lepiej niż ja. I mnie znasz lepiej niż ja samą siebie. I odzyskuję wiarę w to, że ja naprawdę wiem, co mam robić. W to, że odpowiedzi są zapisane w moim sercu. W sercu mamy.

„Nie ma jednego uniwersalnego sposobu czy wzoru, który będzie pasował do wszystkich rodzin, matek czy dzieci. Żyj w wolności wiary i w bogactwie życia, które dał ci Jezus. Zrozum, że dzieci są darem, a w ich wychowywaniu Bóg ukrył błogosławieństwa i lekcje, którymi Pan chce nas nauczyć, jak sprawić Mu największą radość, zajmując się skarbem, który powierzył w nasze ręce.”

I wtedy, kiedy przychodzą chwile największej desperacji, przychodzi i największa nadzieja. Że to nie jest jakieś szarpanie się i bieg po tytuł matki roku. Że to nie jest rzeźbienie dzieci na swój obraz i podobieństwo albo na obraz, który pasowałby do rodzinnej fotografii. Że to wszystko ma sens, że moje macierzyństwo to droga uświęcenia i możliwość najbliższego spotkania z Bogiem. Dialogu z Nim w codzienności - przy przewijaniu, spacerowaniu, karmieniu, wycieraniu noska, powtarzaniu tej samej bajki po raz któryś. Wsłuchiwania się w Jego Ojcowskie Serce. Bo choć jestem już mamą, nadal jestem Jego dzieckiem. 

* * *

A ponieważ książka jest aż tak piękna, że nie mogę, nie chcę i nie wyobrażam sobie zatrzymania jej tylko dla siebie - mam dla Was 3 egzemplarze od wyd. Św. Wojciecha!

Napiszcie w komentarzu jedno zdanie, które młoda mama chciałaby usłyszeć. Zdanie, które może dodać nadziei, otuchy, motywacji... Zdanie, które być może same usłyszałyście, może już komuś powiedziałyście, a może właśnie takich słów Wam kiedyś albo i wczoraj zabrakło. Na Wasze komentarze czekam do 24.08.

Na stronie wydawnictwa możecie także przeczytać fragment Zdesperowanej!

 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Serce Kobiety