Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał (Ps 37, 5)

Geniusz kobiety wg Ady

Geniusz kobiety to dla mnie niezwykły rodzaj patrzenia na świat i sposobu działania. Wiemy (dzięki filozofom i psychologom), że świat poznawalny przez nas nie jest światem obiektywnym. Zawsze nakładamy na niego swoje ramy, co sprawia, że wygląda on inaczej w oczach różnych ludzi. Sposób widzenia przez kobietę z jednej strony warunkowany jest przez jej możliwości biologiczne (na przykład szersza i bardziej rozproszona uwaga), a z drugiej przez specyficzne spojrzenie na drugiego człowieka (okazuje się, że kobiety empatyzują nawet z cierpiącymi złoczyńcami, w przeciwieństwie do mężczyzn). Dzięki możliwościom uwagowym zauważają one więcej elementów z otoczenia, łączą ze sobą odległe fakty, czy też wykonują kilka działań jednocześnie. Dzięki swojemu spojrzeniu na drugiego człowieka, potrafią wczuć się w jego położenie i starają się przełożyć te uczucia na działanie (co uwidacznia się u nich w preferowaniu etyki troski, w przeciwieństwie do mężczyzn, którzy wolą etykę sprawiedliwości).

Wydaje mi się również, że kobiety szczególnie starają się przełożyć na praktykę życia wiedzę, którą zdobywają – choćby to była logika formalna. Nawet w abstrakcjach dostrzegają związek z rzeczywistością, co sprawia, że potrafią na co dzień żyć tym, o czym myślą.

Działaniu kobiet przyświeca troska o innych i dostrzeganie różnorakich konsekwencji danego czynu bądź jego zaniechania. Nawet jeśli te działania wykonywane są jednocześnie (co u kobiet do rzadkości nie należy), wykonywane są ze starannością i dokładnością. Ta jednoczesność nie dotyczy jedynie czynności wykonywanych w danym odcinku czasu – chodzi również o łączenie różnorodnych ról społecznych. Czasem kobieta wydaje się przechodzić kilka metamorfoz w ciągu dnia – do wczesnego popołudnia jest wzorowym pracodawcą lub pracownikiem, a potem, w domu - troskliwą żoną i mamą piekącą ciasteczka, czytającą dzieciom książki i spędzającą czas na rozmowach (i nie tylko;)) z mężem. Wiele oblicz – jedna kobieta.

To wszystko wiele, a jednocześnie nic wobec ogromu wspaniałości jakie w kobiecie się kryją. Niewątpliwie w kobietach (wszystkich i każdej z osobna) drzemie niesamowity potencjał. Każda ma zarówno rodzaj geniuszu charakteryzujący wszystkie kobiety, jak i geniusz swój własny – czasem niedostrzegalny, czasem bagatelizowany, ale zawsze taki, który gdy wyjdzie na światło dzienne – rozpromienia rzeczywistość. Trzeba go tylko odszukać, rozwijać i pielęgnować aż rozkwitnie, a wraz z geniuszem – sama kobieta.

Adrianna Smurzyńska

Zdj. josemanuelerre / Foter.com / CC BY-ND

Czytaj dalej...

Uwierzyć w istnienie

To już ósmy miesiąc stanu błogosławionego - czasu tak pięknego, bogatego w emocje, rozmyślania, nowe perspektywy, nową część mnie samej, mnie-kobiety i całego świata, takim, jakim on jest, jakim mi się przedstawia albo jakim go czuję. Powinnam się już przyzwyczaić, prawda? Ale gdybym miała w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, jaki jest naprawdę stan błogosławiony, to nie wiem, czy umiałabym uchwycić go w jednym słowie, w jednym zdaniu, w stanowczej definicji (i chyba nie ma w tym udziału kobiece niezdecydowanie). Nie umiałabym go zamknąć. To jest niesamowita dynamika. To jest chyba jego istota – życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Życie, które rozwija się. Żyje.

Po tylu miesiącach wsłuchiwania się w małe serduszko ukryte w moim ciele, powinnam wiedzieć o nim chyba najwięcej, powinnam nie mieć wątpliwości, kim jest ten mały, tajemniczy jeszcze człowiek. A najmniej wątpliwości powinno nieść samo jego istnienie. Przecież to z jego powodu zmieniło się moje ciało, to przez jego obecność nie mogę założyć ulubionych sukienek, a obecny rozmiar brzucha zwraca uwagę nawet przechodniów. Nie powinnam nawet przez chwilę zapominać, że jest ze mną ktoś tak blisko i nieustannie, zwłaszcza że daje mi znać o sobie, o swojej aktywności – na brzuchu czuję (i widzę!) jego ruchy, rozpychanie się, przeciąganie i wszystkie inne figle, do jakich zdolne są dzieci. A jednak. A jednak czasem trudno mi uwierzyć, że on naprawdę istnieje! 

Ciągnący się za mną dylemat i zadziwienie zna na pamięć mój mąż. I nawet kiedyś przewidział, że dylemat ten, do tej pory najbardziej z nim związany, przeniosę także na nasze dzieci. Nieraz mówiłam (i nadal mi się to przydarza) do niego: nie wierzę, że istniejesz! Może znacie to uczucie – tego zdumienia i zastanowienia, czy oby ta osoba nie jest raczej naszym najpiękniejszym marzeniem, czy to, co nam się przydarza jest prawdą? To w istocie bardzo filozoficzne rozważanie – czy Ty istniejesz niezależnie ode mnie? Wiem, że tak. Wierzę, że tak. Ale skąd mam mieć pewność? Zresztą: czy moje widzenie Ciebie nie dodaje Ci czegoś, nie zmienia Cię w jakiś sposób? Problem solipsyzmu (a zatem pytanie, czy rzeczy istnieją niezależnie od podmiotu poznającego, niezależnie ode mnie) towarzyszy mi nie tylko naukowo (co podjęłam m.in. w pracy magisterskiej), ale też zupełnie intuicyjnie. (A może te dwie kwestie bardzo się łączą się bardziej, niż dotąd sądziłam.) Ale tu nie zależy mi na akademickich dowodach, badam raczej ten zachwyt i niedowierzanie w sobie – w istnienie takich Wspaniałych Osób, w istnienie takiej miłości i takich cudów, jakie mi się przydarzają.

Zatem, choć mam jako takie zdjęcia Ireneusza, choć czuję jego poruszenia, łapię się czasem na myśleniu: czy On naprawdę istnieje, czy On jest ze mną. Już przeczuwam, że kiedy pierwszy raz na niego spojrzę, pewnie nie będę mogła uwierzyć, że to ten sam Ktoś, kto przez kilka miesięcy mieszkał pod moim sercem. Jak tu nie wierzyć w Cuda? Ale może sprawa jest poważniejsza - może On, przez ten długi czas niejako „skazany” na moje towarzystwo, na słuchanie mojego głosu i emocji, nawet na żywienie się tym, na co ja mam ochotę, może i On, gdyby tylko mógł się jakoś wypowiedzieć, też nie uwierzyłby, że to ja, ta sama? Może uwierzenie w mamę nie jest wcale takie proste, a może jest wręcz trudniejsze? (Przypomina mi się pewne, krążące po sieci, opowiadanie o bliźniętach w łonie mamy, które dyskutują o swoich przekonaniach co do życia po porodzie i istnieniu mamy:-)

Jeśli tyle myśli rodzi się wtedy, gdy mam niezbite dowody obecności i istnienia tych najbliższych (widzę ich przecież, mogę dotknąć), to jak możliwa jest wiara w Boga? Skoro tutaj nie mogę nawet liczyć na swoje zwodnicze zmysły czy na ułomne dedukcje. Skoro nie dowierzam czasami w takie małe-wielkie, codzienne cuda mojego życia? W ich obecność?

I przychodzą mi tylko dwa tłumaczenia, dwa dowody – z istnienia i z miłości. Z tego, że żyję i jestem umiłowana.

Jak napisał ks. Jan Twardowski w jednym z wierszy:

Jestem bo Jesteś

Na tym stoi wiara

 

Dodałabym od siebie dalej:

Jestem bo Kochasz

na tym opiera się istnienie

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS