Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie (Łk 11, 9)

Szczęśliwe czy święte?

Raczej nikt nie wchodzi w związek małżeński z zamiarem unieszczęśliwienia siebie i drugiej osoby. Chociaż w przysiędze nie ma takiej obietnicy, to jednak... przypomina to raczej ostatnią myśl, jaka mogłaby się pojawić w sercach zakochanych narzeczonych. Kochają się i chcą być przez całe życie tak szczęśliwi jak w Tym Dniu, a może nawet jeszcze bardziej. Mają (zazwyczaj) świadomość, że różnie w życiu bywa, ale przecież będą Razem i dadzą sobie radę ze wszystkim. Wizja małżeństwa jako największej i najpiękniejszej przygody życia? Tak, znam to i ja. I po kilku latach małżeństwa, bogatsza o wiele doświadczeń, nadal w nią wierzę.

Ale małżeństwo to też droga, czasem trudna, nawet bardzo. Nieznana wcześniej ścieżka pełna zakrętów i zmuszająca do wyborów, czasem pełna ślepych uliczek, o których wcześniej nikt nie ostrzegał. Czasem to młodzieńcze wyobrażenie szczęścia zderza się z codziennym szarym dniem i z trudnościami. Ale to nadal jest szczęście, może większe. W małżeństwie chrześcijańskim nie chodzi przecież tylko o szczęście, a bynajmniej nie o to szczęście, które proponuje nam świat - lekkie, przyjemne, pełne euforii, ale o świętość. Tylko czy może być szczęście większe o świętości dla tych, którzy wierzą i kochają?  

Muszę przyznać, że ostatnio nie mogłam oderwać się od książki Gary'ego Thomasa Święte małżeństwo. Najpierw urzekła mnie okładka (przyznajcie, że to zdjęcie jest urocze, prawda?), a potem całkowicie wciągnęła zawartość. Trafiła idealnie w moje obecne rozważania. Autor zmienił perspektywę typową dla poradników małżeńskich, idealnie łącząc temat wiary i małżeństwa. „Ta książka nie powstała po to, by doradzić wam, jak lepiej kochać swojego małżonka (chociaż mam nadzieję, że i w tym wam pomoże). Ma ona przede wszystkim pomóc wam bardziej pokochać Boga.”

Małżeństwo może być drogą do Boga, dzięki małżonkowi mogę poznawać siebie i zbliżać się do mojego Pana. Mogę odkrywać i uczyć się miłości, poświęcenia i wierności, ale też mogę doświadczać, że zawsze gdzieś w środku mnie pozostanie pragnienie miłości, które może wypełnić tylko największa Miłość. Małżeństwo jest cudowną drogą, szkołą, podróżą, ale nie celem samym w sobie, nie jest ostatecznym spełnieniem, jest przedsmakiem Nieba.

„Moja żona nie może zastąpić mi Boga. W momencie stworzenia zaszczepiono mi w sercu tęsknotę za Bogiem i nikt oprócz Boga nie może tej tęsknoty zaspokoić.”

Gary Thomas pisze o wspaniałej, świętej historii, jaką tworzy i przeżywa każde małżeństwo, o wadze naszych osobistych misji, o modlitwie, której wzmocnienie wymaga najpierw... umocnienia więzi małżeńskiej, o seksualności, która jest szansą nie tylko na fizyczną, ale także duchową bliskość, o wierności jako o próbie miłości, o poświęceniu oraz o kryzysach i trudnościach jako wielkich szansach i sprawdzianach, które można zdać z wyróżnieniem.

Kolizje w małżeństwie mogą tworzyć prawdziwe piękno, gdyż – jak dobrze wiemy – piękno czasem rodzi się w bólach.”

 

Podoba mi się styl autora, jego dzielenie się swoim życiem małżeńskim oraz doświadczeniem pracy. Podoba mi się i trafia do mnie taka zmiana perspektywy i podkreślenie, jak mocno świętość łączy się z naszym małżeństwem, jak blisko może być Bóg, jeśli tylko postawimy Go na właściwym miejscu. I właśnie sięgam po drugą książkę Gary'ego Thomasa... Święte rodzicielstwo, w której, jak na wstępie zaznacza twórca, będzie bardziej o tym, co rodzicielstwo pomaga odkryć o sobie niż o tym, jak dobrze wychować dzieci. Piękna myśl. Myśl, która jest mi ostatnio bardzo bliska :-)

Gary Thomas, Święte małżeństwo, wyd. Aetos 2014.

Książka dostępna w księgarni KiM

 

*** 

KONKURSOWO! 

Z radością ogłaszam, że mam dwa konkursowe egzemplarze tej książki ufundowane przez wyd. Aetos i już nie mogę się doczekać, by je komuś przekazać, zapakować w kopertę i wysłać :-)

Jeśli macie ochotę ją przeczytać, napiszcie w komentarzu poniżej w jednym zdaniu co może być najtrudniejsze w małżeństwie.

Na Wasze komentarze konkursowe czekam do 28.10.

 

Czytaj dalej...

Randkowe refleksje i rocznicowe niespodzianki

Nasza pierwsza randka ma dwie wersje. W pierwszej (jego) spóźniam się, w drugiej (mojej) jestem chwilę przed. W jednej to jest prawdziwa pierwsza randka, w drugiej to raczej spotkanie towarzysko-biznesowe, które trochę się wydłużyło. Ale i tak twierdzę, że pamięć kobiety jest niezwykła. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy tam idę, pamiętam Mariusza czekającego na mnie, pamiętam chłód i to, jak śliski był lód, kiedy prawie poślizgnęłam się prosto w jego ramiona, a przecież to nie był jeszcze ten czas. Te nasze pierwsze, ośnieżone, późne, zimowe, krakowskie randki były niezwykłe. Długie rozmowy, gdy jeszcze cisza była niezręczna, tematy ważne i wzniosłe, sprawy życia i wieczności i te błahostki, które dzieliliśmy. A to o powołaniu, przeznaczeniu, Trójcy Świętej, ekumenizmie, jabłkach ze Starego Kleparza, wyjściu do kina, kolokwiach z Pisma Świętego, wykładach z etnologii, samotnej pani ze stancji, współlokatorach. Zdaje się, że w pierwszym roku spotkań na każdą randkę ubierałam się trochę inaczej. Nie mam pojęcia jak to zrobiłam. Ale zakochanym nie mówi się, że coś jest niemożliwe. Bo przecież oni wiedzą, że nie jest. Udowadniają.

Za to małżonkowie, nawet ci bardzo zakochani, widzą to często inaczej. Znają liczne uwarunkowania, realia codzienności, częściej patrzą na zegarek, mają deadline’y i nie zawsze mają czas na randki, na wyjścia we dwoje, na rozmowy, na wspólną ciszę. Po ślubie zachwyciliśmy się byciem blisko, byciem razem, wspólnym dachem nad głową, jednym adresem, śniadaniami i kolacjami we dwoje w pidżamach. Ale w codzienność, która na początku wydaje się nieskończenie romantyczna, podstępnie może wkradać się rutyna. Dlatego stwierdziliśmy dość szybko, że potrzebujemy czasu szczególnego, tego randkowego, na który się czeka, na który trzeba się przygotować, a potem, gdy już nadchodzi -  nie patrzy się nerwowo na zegarek, nie robi listy zakupów na obiad, nie otwiera się drzwi listonoszowi i nie patrzy się jednym okiem na facebooka. Patrzy się za to na siebie.

Randkujemy raz lepiej, raz gorzej, wytrwalej lub leniwiej. A teraz, jako rodzice, inaczej i nawet ciekawiej. Bo bardziej cenimy czas, odmierzamy go dokładniej, sprawdzamy jego elastyczność. Randkujemy, by przypominać sobie, że po pierwsze jesteśmy mężem i żoną, a zaraz potem mamą i tatą, choć rozkład dnia mógłby przeczyć tej kolejności. Jest inaczej, zdecydowanie. Nie stoję już przed szafą tak długo jak kiedyś, ale wciąż chcę być dla niego najpiękniejsza. Odbieram więc z radością mężowskie komplementy, na które zazwyczaj pozornie nieskromnie odpowiadam Wiem. - Pięknie wyglądasz. Jesteś piękna. Ale mam cudną żonę. Ale on wie, że ja wiem, bo on mi powiedział, bo widzę to na jego twarzy. Nasze patrzenie w oczy też jest inne. (Kiedyś Mariusz nie nosił okularów, jak to podkreśla, dopiero po ślubie pojawiła się potrzeba, a ja widzę, że teraz jesteśmy jeszcze bardziej podobni.)  Teraz w tych źrenicach czytamy głębiej, niekiedy jest przez to też trudniej, tak dla jasności, bo im więcej widzisz, tym więcej musisz zrobić, tym bardziej musisz zrezygnować z siebie, tym mocniej musisz siebie oddać, i widzisz nie tylko to, co urzekające i miłe, ale i to, co boli.

To już nie są te pierwsze randki onieśmielenia, trzepotania rzęsami i odwracania wzroku, dobierania słów nader stosownie i ostrożnie, i badania poczucia humoru. Lubię wspominać to, jak byliśmy wtedy delikatni, jak otwierała się przed nami droga. I dziękuję za to, że mam takie wspomnienia. I wiem Komu mogę za to dziękować. Tak, czasem tęsknię. Ale miłość teraz jest inna, starsza, ona dorasta jak dziecko. Szybko, z jednej strony naturalnie, z drugiej strony dzięki pomocy i wychowaniu. Nie będzie zawsze słodko śpiącym noworodkiem albo pełzającym półroczniakiem bez zębów, choć nimi też będzie. Jest dziś już trochę starsza i równie piękna, może piękniejsza. A z nią i jej randkowe pielęgnowanie. Teraz z tą miłością można już porozmawiać, choć czasem przypomina to dialog z przedszkolakiem.

A my już niebawem (w drugiej połowie sierpnia) ruszymy z akcją zachęcającą i inspirującą do randkowania! :-)

 

* * *

25 lipca od kilku lat zazwyczaj był trochę deszczowy, zwłaszcza przed południem. Pamiętam ten z 2009 r., kiedy z lekkim przerażeniem patrzyłam na pogodę za oknem. Uprzejma pani fryzjerka użyła sporo lakieru do włosów, żeby fryzura panny młodej wytrwała jak najdłużej. W tym roku Mariusz też spoglądał w niebo trochę błagalnie. Zdradził mi wcześniej, że czeka nas sesja fotograficzna. Moja wymarzona sesja tylko we dwoje! Wiedziałam, że podjedziemy do pobliskiego pięknego parku, ale nie wiedziałam, że pogoda była ważna jeszcze z innego powodu. Otóż mój mąż wsłuchał się w moje powtarzane przez lata zachwyty i marzenia (o tak - trzeba o swoich marzeniach mówić głośno i często, wtedy są większe szanse, że się kiedyś spełnią!). Mój u-śmiech był naprawdę wielki, gdy na parkingu otworzył mi drzwi nie naszego prawie pełnoletniego autka z przyrdzewiałym błotnikiem, ale pięknego kabrioletu! Tak, marzyła mi się przejażdżka samochodem bez dachu, z wiatrem we włosach i na policzkach, i z tym Jedynym u boku. Nie mam pojęcia czemu, ale - udało się!

Poczułam się prawie jak księżniczka, jak ktoś, komu daje się gwiazdkę z nieba, jak obdarowana niespodzianką, której naprawdę nie przeczuwasz, jak panna młoda, jak gwiazda Hollywood. Więc postuluję - Panowie, spełniajcie czasem nasze marzenia! Kochane Panie - mówcie półszeptem, ale często o nich, by usłyszeli. Kochani małżonkowie - zróbcie sobie sesję małżeńską! 

A my dziękujemy Przemkowi z Red Art Studio za uwiecznienie naszego szczęścia!

Czytaj dalej...

Pięcioletnia żona

Do naszego ślubnego albumu Ula (fotografka) dołączyła dużą kopertę ze zdjęciami, które już się w nim nie zmieściły. Do żadnego albumu, jaki miałam, też nie pasowały. Kiedyś tam coś dla nich znajdę – pomyślałam. Przeczekały 5 lat. Dziś własnoręcznie tworzę dla nich wyjątkowe miejsce i przy tej okazji oglądam je jeszcze raz.

Jakby to było wczoraj i jakby to było wieki temu. Z jednego ujęcia śmieję się najdłużej, pokazuję Mariuszowi. Ale tu śmiesznie wyglądasz! – delikatnie podsuwam mu pod nos, próbując nie urazić go, dlatego też dla pocieszenia dodaję: Ja zresztą też. - Ale ze mnie dzieciak – rzuca krótki komentarz niezainteresowany drążeniem tematu. Ale we mnie, im bliżej naszej rocznicy, temat powraca, stoi pod drzwiami moich myśli i co kilka chwil próbuje wprosić się na kawę, na wypominki, na tort, który jeszcze nieupieczony, nieozdobiony, ale z przeliczoną już liczbą świeczek. Będzie ich pięć. Jestem w samym środku tej małżeńskiej przygody i nie potrafię spojrzeć na nią z boku. Myśli z tej okazji miały być uporządkowane, wzniosłe i ważne, ale jeszcze nie było na to czasu, zupełnie jak z albumem, i może już nie będzie lepszego momentu. Bo 25-ego mamy podobno jakąś kolację niespodziankę i nasze, tylko nasze bycie razem.

A ja w niespodziance, którą trudno ukryć w czasie wakacji w naszym małym mieszkaniu i w jej specyfice, która wymaga czasu i miejsca do pracy, oglądam fotografie i przyklejam je w albumie, ozdabiając swoim poczuciem estetyki (i tym, co mam pod ręką). To fakt, oboje tam wyglądamy młodo. Nie tylko wyglądamy. Jesteśmy tam młodzi, jeszcze bez tych wszystkich nawyków starych dobrych małżeństw, jeszcze zakochani tą miłością, której wysiłek nie boli aż tak bardzo, która nawet po cichu wierzy, że zastąpimy sobie naszych aniołów stróżów, że nigdy przenigdy nie spakujemy walizki dla jednego z nas i że nigdy nie poranimy się zbyt mocno, i nie będzie ciężko wyciągać ręki na zgodę, bo może nawet wcale nie będzie trzeba jej wyciągać. Byliśmy młodzi tą miłością, która dopiero dojrzewała i która nadal musi wspinać się na paluszki, żeby stanąć na wysokości zadania albo by po prostu widzieć więcej niż tylko czubek własnego nosa. Pięcioletnia żona to przecież dopiero przedszkolaczek..., a może już zerówkowicz? 

Po pięciu latach bycia razem myślę o tym, jak wiele przeszliśmy we dwoje. Naprawdę wiele – naszych osobistych rozterek, kilka przeprowadzek, zmian adresów, znajomości, pomysłów na życie, cudzych wesel i narodzin dzieci, wypraw i zakrętów, przystanków, przejechanych kilometrów, przedreptanych ścieżek, zjedzonych lodów, pytań bez odpowiedzi. Choć ten czas małżeński wydaje mi się zaledwie kilkakrotnym mrugnięciem powieki, to gdybyśmy tylko mieli kominek i gdyby przyszyły długie zimowe wieczory, mielibyśmy co wspominać, śmiejąc się i płacząc naprzemiennie (to znaczy naprzemiennie pewnie ja). Każdy rok był inny, niósł inne wyzwania, troski i marzenia. Każdy rok teraz potrafię opisać kolorami, emocjami, i zapachami. Choć każdy miał aż 365/6 dni, potrafiłabym narysować go na jednej kartce. Ten ostatni miałby kolor mięty i kształt serca, a właściwie trzech serc.

W dniu ślubu obraliśmy sobie nasze małżeńskie motto: aby byli jedno (J 17, 21). Jak jedno serce, jedno ciało, jeden duch i jedna drużyna. To nie zawsze było łatwe, bo im bliżej i dłużej się sobie przypatrywaliśmy, tym bardziej odkrywaliśmy, że jesteśmy inni. I to bardzo. Nawet gdy nam to mówili wcześniej, nie dowierzaliśmy aż tak mocno. Okazało się, że jednak lubimy inne filmy, inne modlitwy i mamy odmienne potrzeby organizacji przestrzeni. Że lubimy postawić na swoim - każde z nas. Być jedno, kiedy jest nas dwoje, to przecież prawie niewykonalne. Być jedno, kiedy jest ich troje - to tylko Bóg potrafi w swojej doskonałości. Dlatego to nie były tylko cukierkowe chwile, choć teraz za te najtrudniejsze najbardziej dziękuję Temu, który nas prowadził. Bo to one uczyły mnie czym jest Miłość i jak jest cenna, to one próbowały złoto naszej miłości, to one pokazywały mi, co muszę zmieniać w sobie. A przecież najchętniej i najczęściej to chciałabym zmieniać nie siebie, a jego… (znacie to?)

Uczę się więc od pięciu lat, jak być żoną i jak być u jego boku, to znaczy znać swoje miejsce i rolę, swoją siłę i słabość, to, co mogę dać i to, czego potrzebuję. Jak po pierwsze walczyć z belką w moim oku, nie z jego drzazgami. Jak po pierwsze kochać go w całości, a nie prosić, by mnie kochał. Jak go motywować i wspierać, jak go rozumieć. Jak co dzień zaczynać na nowo. Jak nie przygniatać go burzą moich hormonów, jak nie wylewać na niego wiadra moich zawiłych i skłębionych myśli, jak nie wymuszać rozmowy, jak nie gasić jego pomysłów (uczę się je racjonalizować), jak nie budzić go, psując mu piękno poranka i jak pomagać mu usnąć po trudach codzienności. On jest dla mnie darem, ja dla niego, ale ciągle uczymy się sobie ofiarowywać. Każdego dnia odkrywamy, że znamy się prawie na pamięć, ale to prawie jest kluczowe. To poznanie ciągle nam się wymyka i bardzo łatwo przychodzi zmienić prawie na mniej pewne sformułowania. 

Niedawno spotkałam pewną starszą panią, która na parafialnym festynie kupiła ciastko i kawę, i usiadła przy moim stoliczku. Miała długi staż małżeński i piękną pogodną twarz. Nie skarżyła się, choć została sama, bez męża i dzieci. Chodziła o kulach. Trzeba umieć ustępować, trzeba dbać o siebie nawzajem – powiedziała. – Na pewno stworzycie piękne małżeństwa. Urzekły mnie jej spokój i prostota recepty. Przecież ma rację. Miłość w swojej istocie nie jest skomplikowana, jest bardzo prosta. Napisaliśmy na naszych ślubnych obrączkach słowa św. Augustyna: Pondus meum Amor meus, czyli Moją siłą ciążenia jest miłość moja. Dalej Augustyn pisze: dokądkolwiek zmierzam, miłość mnie prowadzi. A przecież nie tak łatwo przychodzi dać się prowadzić i ufać, kiedy nie jest już lekko i słodko. A jednak właśnie wtedy nie można zrobić nic innego jak tylko dać się prowadzić, bo szarpanie się i wyrywanie pozostawia tylko poranione dłonie.

Przeglądam nasze ślubne zdjęcia i znów utwierdzam się w przekonaniu, że zmieniłabym całkowicie swoją tamtejszą, jak to się dziś modnie mówi, stylizację. Inaczej upięłabym włosy (i welon!), zadbałabym o inne kwiaty, inny makijaż i wiele innych drobiazgów - paznokcie, biżuterię. Nawet obrączki chyba wybrałabym inne. Tylko buty może zostałyby dokładnie tamte, bo sprawdziły się na moich nieprzyzwyczajonych do obcasów stopach. Moda ślubna bardzo się zmienia, gust też. Ale na pewno nie zmieniłabym tego, który stoi tam koło mnie, taki młody, taki piękny, taki zapatrzony, taki pewny tej drogi, taki mój. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS