Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać (J 4, 15)

Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć albo też jak kochać mężczyznę?

„Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć...” Mój dzielny mąż spojrzał na okładkę i zapewne zachęcony hasłem, podjął niejako rzuconą rękawicę dla prawdziwych mężczyzn, i zaczął czytać. Jednak już po niedługiej lekturze ogarnęły go wątpliwości, czy to wyzwanie na pewno dla niego... 

Zaznaczyć więc muszę na wstępie, że pozycja ta ma jedną, ogromną wadę. Mianowicie, wbrew pewnym przesłankom (tytuł) jest to lektura skierowana bardziej do kobiet niż do mężczyzn (co jednak nie znaczy, że panowie nie znajdą w niej wiele cennych myśli i bardzo ciekawego kobiecego spojrzenia na mężczyzn i relacje damsko-męskie). Książka ta otrzymuje zatem ode mnie duży minus za wprowadzenie mnie (a myślę, że i wielu innych potencjalnych czytelników) w błąd, i jednocześnie ogromny (powiem szczerze: przeważający ten minus) plus – bo po moim zachwycie nad książką „Wyjdź za mąż i poddaj się!” mogłam ponownie delektować się stylem Costanzy Miriano.

Autorka rozpoczyna książkę dość obiecująco… „Istnieje jedna jedyna uniwersalna, skuteczna, niezastąpiona metoda rozmawiania z mężczyznami. Tyle że… nie wiem, jaka to metoda.” Nie chodzi jej jednak o to, że sprawa jest zupełnie beznadziejna, bo i jaki sens miałoby wtedy zapisywanie kolejnych 200 stron? Sprawa jest trudna, to prawda, czemu daje wyraz w kolejnych rozdziałach, opisując różnice między kobietami a mężczyznami oraz pojawiające się na tym tle problemy (których większość z nas zdążyła już na własnej doświadczyć;-), ale głównym celem jej książki jest wskazanie na to, jak dobrze można się uzupełniać, jakie miejsce u boku mężczyzny może zająć kobieta, jak ona może pomóc swojemu mężowi wzrastać, jak może sama kwitnąć, będąc przy nim, będąc naprawdę sobą, naprawdę piękną...

Forma książki jest niezwykle przyjemna, autorka w każdym z rozdziałów opisuje jeden „przypadek” jakiegoś związku, pewnej relacji w konkretnej sytuacji i ze swoim problemem. Czytamy więc o tym, jak ważna jest hierarchia wartości i właściwe umiejscowienie na niej męża, zwłaszcza gdy pojawiają się dzieci; o tym, jak istotną rolę odgrywa autorytet ojca w wychowaniu dzieci; także o tym, jakie błędy często popełniamy jako kobiety w relacji z mężczyznami – o ograniczeniach, jakie narzucamy na nich, o wytykaniu samych wad (i przemilczeniu ogromu zalet), o poprawianiu ich, podcinaniu skrzydeł (często w dobrej wierze i ze szlachetną intencją, nie inaczej!), o brakach… w uśmiechu i pogodzie ducha. A przecież recepty są dość proste, nie kosztują tak wiele, nie trzeba szukać refundacji, wystarczy dobra konsultacja z Najlepszym Lekarzem Serc. Jedna z takich recept może brzmieć jak słowa Miriano: „Nasza akceptacja mobilizuje go do dawania z siebie jeszcze więcej, ponieważ kiedy ktoś patrzy na nas wzrokiem wyrażającym zupełną i bezwarunkową aprobatę, czujemy zachętę do tego, by zaczynać na nowo.”

Miriano pisze także o miłości w sposób piękny i bezkompromisowy, choć nie pozbawiony realizmu (i humoru, rzecz jasna). Pisze o wadze sakramentu małżeństwa, a także o czystości przedmałżeńskiej. „Miłość chce, byśmy konkurowali w robieniu tego, co jest dobre dla drugiej osoby, w odbieraniu sobie nawzajem obowiązków, a nawet w wyprzedzaniu wzajemnych pragnień.” Miłość nie ma być więc układem 50:50, dzieleniem wszystkiego po równo i pilnowaniu, by nikt nie poczuł się poszkodowany, nie jest układem, ale jest wzajemnym obdarowywaniem się, spalaniem się dla siebie, rezygnowaniem z siebie i ciągłym wpatrywaniem w drugą osobę po to, by z uwagą wspólnie wyznaczać jeden kierunek.

I nawet jeśli te myśli znam już dobrze, niektóre na pamięć, inne w teorii, a jeszcze inne w żmudnej praktyce, to przypominanie ich sobie jest mi potrzebne. Bardzo potrzebne.

Costanza Miriano, Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć. Prawdziwi mężczyźni dla nieustarszonych kobiet, wyd. Esprit 2013. 

Książka w księgarni KiM

Czytaj dalej...

Wyjdź za mąż i poddaj się!

Ale o czym jest ta książka? Zastanawiałam się, trzymając ją w dłoniach i przewracając kartki w poszukiwaniu podpowiedzi. Tytuł mnie zaintrygował: Wyjdź za mąż i poddaj się! Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet. Czy książka ma mnie zachęcić do zamążpójścia (jeśli tak, to już nie w porę)? Czy może powinna mnie zmotywować do bycia „poddaną”? (Jaka jest więc tutaj wizja kobiety? Nowofeministyczna?) Z takim mglistym pojęciem o tym, czego mogę się spodziewać, przystąpiłam do lektury i... zostałam całkowicie urzeczona. 

Costanza Miriano - włoska dziennikarka, katoliczka, żona i mama czworga dzieci, pisze listy do swoich przyjaciół, głównie kobiet. Każdy adresat listu znajduje się w nieco innej sytuacji życiowej – oczekuje na Księcia z bajki, waha się co do decyzji o ślubie, jest świeżo po sakramentalnym „tak” czy też po narodzinach pierwszego dziecka. Costanza nie stawia się w roli najwyższego autorytetu (sama szczerze i z ogromnym humorem pisze o swoich wadach i trudnościach, z jakimi się boryka), ale jawi się jako wspaniała przyjaciółka od serca, która potrafi zrozumieć niemal każdą sytuację, pamięta o trudnościach i lękach swoich najbliższych, dzieli się swoim doświadczeniem, dodaje otuchy, ale też potrafi szczerze naświetlić pewne prawdy, pomagając spojrzeć na sprawy ważne w odpowiedniej, przepełnionej wiarą perspektywie. W tej korespondencji znajdziemy wiele pięknych myśli o małżeństwie, o roli żony i męża (o tytułowym „poddaniu” także, ale w jakże piękny, nowy sposób!),  o macierzyństwie, a także o kobiecości. Rozważanie na temat kobiety jest tutaj bardzo piękne, tak, nowofeministyczne, można powiedzieć bez przesady. 

Dziś my, kobiety, nie jesteśmy już zobowiązane do tego, by  służyć, ale możemy same zadecydować, by służyć z miłości, odpowiadając w wolny sposób na nasze powołanie.

Niezwykle lekki, żartobliwy, ale przepełniony mądrością język tej książki to jej ogromny atut. Nie przypominam sobie także, czy kiedykolwiek czytałam książkę o małżeństwie i kobiecości włoskiej autorki. Coś nowego, coś wspaniałego przy miażdżącej przewadze publikacji amerykańskich. Dla mnie jest to jedna z tych książek, których nie mogę czytać dalej, jeśli nie mam przy sobie ołówka, który pomoże zakreślić ważne fragmenty. Dziś mój mąż kupił mi trzy ołówki. I temperówkę. Bo rano tak długo szukałam jednego ołówka tylko po to, by kontynuować lekturę…:-) Wyjdź za mąż i poddaj się! to skarbiec kobiecych doświadczeń, przewodnik po relacjach, nie tylko tych damsko-męskich, także tych przyjaźni kobiecych i to nie w teorii, ale w praktyce.

Zakończę słowami, jakie Costanza kieruje w liście do swoich córek:

Życzę wam – cóż za niemodne życzenie – bądźcie przede wszystkim silne, a więc gotowe przyjmować, otwarte na innych, zdolne jednoczyć. Jednym słowem: dobre. Jeżeli możecie.

Książkę polecam bardzo!:-)

Costanza Miriano, Wyjdź za mąż i poddaj się! Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet, wyd. Esprit 2013.

Książka w Księgarni KiM

Czytaj dalej...

Znając się prawie na pamięć

Ogarnęła mnie jakaś nostalgia i rozczulenie nad przygodą, jaką jest małżeństwo. Przygodą poznawania i bycia poznaną. Wielką przygodą. Szaloną? O tak, jakże bardzo! Ale przecież nasze kobiece serca są także spragnione wielkich przygód - zwłaszcza u boku męskich serc! - A zatem z dedykacją dla Mojego Męża.

Znamy się prawie na pamięć - jak łyse konie, jak stare dobre małżeństwo z kilkuletnim stażem, jakbyśmy beczkę soli zjedli razem (kto wie, możliwe, że tyle już tej soli było). Potrafisz przywołać cały wachlarz min i przypasować je do mojego nastroju lub emocji, których nikt inny z taką precyzją nie uchwyci i nie opisze. Z moich słów odczytujesz nie tylko drugie, ale i setne dno, którego ja nawet nie wyczuwam, do którego nie dosięgam. Ja tymczasem słucham Twoich, tych samych historii setki razy i dobrze wiem, kiedy pojawi się w nich jakaś luka, mogłabym opowiedzieć je sama. Umiem przewidzieć Twoje reakcje i wypowiedzi, jakbym miała dostęp do Twoich myśli. Czy jest w Tobie coś jeszcze do odkrycia, coś, o czym nie wiedziałam? Czy ja Cię czymś potrafię zaskoczyć?

Każdego dnia do tego obrazu, jaki sobie układamy w sercach, dołącza coś nowego, co rozbudowuje nam kolaż i tworzy mozaikę, o której nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Nie mogę uchwycić Cię raz na zawsze, nie mogę zobaczyć Cię inaczej jak tylko jako dzieło otwarte. Słyszę niekiedy z Twoich ust „to do ciebie nie podobne”, „myślałem, że tego nie zrobisz” i cieszę się, że jest we mnie jeszcze coś, czego nie odkryłeś, co mogę zrobić i sprawić, że otworzysz oczy szeroko, z podziwem, ze zdumieniem. A w głębi serca wiem, że Ty znasz mój potencjał, wielokrotnie widzisz mnie już z wyprzedzeniem, już zrealizowaną, upiększoną, wydoskonaloną. Wiesz, do czego jestem zdolna, nawet gdy zapieram się tego. I tylko czekasz, aż do tego dorosnę, aż się odważę. Każdego dnia jestem inna, podobnie jak Ty, a wciąż rozpoznajemy w sobie tę samą osobę, którą pokochaliśmy wiele lat temu. Tę samą, choć przecież już nie taką samą.

Pojemność naszego wzajemnego poznania ma jednak i swoje ciemności. Nikt nie zna tak dobrze moich słabości jak Ty, nikt tak doskonale nie opisałby moich lęków, kompleksów, czułych punktów i wad. Nikt nie zrobiłby tak szczegółowego rachunku sumienia moich grzechów. Nikt nie musiał tak cierpliwie i wielokrotnie znosić moich humorów, emocji, natchnień i płaczów jak Ty. I jeśli ktokolwiek na tym świecie miałby na mnie rzeczywiście jakiegoś „asa w rękawie”, by mnie zranić, oczernić lub zniszczyć, to byłbyś właśnie Ty. I vice versa. 

Małżeństwo jest wielkim oddaniem, zrzuceniem skorupki i pancerza, odarciem ze zbroi i zmyciem makijażu, jakie czasem nakładamy na siebie, idąc po prostu „do świata”, do ludzi. Tutaj, przy domowym kominku, do którego dorzucanie drwa bywa nużące, jesteśmy sobą, jesteśmy oświetleni blaskiem ognia i zmuszeni zrzucać z siebie to, co niepotrzebne, by utrzymać odpowiednią temperaturę. Jesteśmy więc niemal tacy, jakimi nas stworzył Pan, nie tyle fizycznie nadzy, co po prostu przeźroczyści, widzialni dla siebie. I oboje na to właśnie się zgadzamy, tego pragniemy i w blaskach, i w cieniach.

Poznanie, jakie przychodzi w małżeństwie, jest wielkim przywilejem.  

www.przepisnamilosc.pl

Czytaj dalej...

Błogosławione „pomiędzy”

Nie jestem już nigdy sama, „zatracam” w całkowitej wolności swoją autonomiczność i niepodzielność, ale wciąż dla wielu osób stwierdzenie „jestem mamą”, brzmi co najmniej dziwnie. Może nawet dla mnie samej jest to jeszcze określenie trudne, górnolotne, oswajam się z nim, ciągle nie dowierzam – jakby bicie małego, innego serca, choć ukryte, było niewystarczającym dowodem. A tak naprawdę jakby samo pozwolenie dziecku dorastać we mnie było zbyt małą zasługą, niegodną jeszcze szczytnego miana macierzyństwa.  

Stan błogosławiony to przedziwny czas bycia „pomiędzy”, czas oczekiwania, ale też czas rozdarcia, przejścia przez most, który łączy dwie odmienne tożsamości: mnie-samej i mnie-matki. Kim teraz jestem? Bo kim byłam i kim mam się stać, to czuję, ale kim jestem w tej drodze, na tym moście?

W kulturze ludowej stan „pomiędzy” był uważany za bardzo tajemniczy, wręcz złowrogi. To, co nie było dookreślone, bez konkretnej tożsamości, było nawet uważane za niebezpieczne, mroczne, niestabilne, a więc zagrażające porządkowi świata. Taki status miała np. panna młoda, która nie była już panną, ale dopiero stawała się mężatką. Była jakby zawieszona między dwoma światami, a do żadnego nie pasowała bez zastrzeżeń – już i jeszcze. Stan błogosławiony ma w sobie coś ze stanu narzeczeństwa: dorastanie do innej roli, dojrzewanie do nowej sytuacji i trwanie w pewnym zawieszeniu, w niedookreśleniu, w poszukiwaniu samej siebie. Niby wiesz, co się ma wydarzyć, wiesz, z czym wiąże się to, co ma nadejść, a jednak masz poczucie, że jest pewien czas teraz, którego nie można zasłaniać tym nadchodzącym kiedyś, nawet wkrótce, ani tym, co już było. I choć stokrotnie już zadawałaś sobie pytanie o to, „kim jesteś”, pojawia się nowa potrzeba odpowiedzi. 

Stan tego przechodzenia przypomina mi także czasy nastoletnie, gdy słyszałam, że nie jestem już dzieckiem. Wiedziałam przecież o tym, czułam to. Nie byłam już dziewczynką - to zdrobnienie nie pasowało tak dobrze jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jednak nie byłam też dorosłą kobietą, a nazwanie tak samej siebie w tamtych czasach spotkałoby się z ironicznym uśmiechem – innych osób, ale też moim. Pamiętam dobrze, że jako dziecko zastanawiałam się, o czym są grube książki pozbawione obrazków, które czytała moja mama. Czułam wobec nich swoisty respekt. Nie przed ich długością czy nieinteresującą okładką, ale przed treścią, której, jak mocno wierzyłam, nie byłabym w stanie wtedy zrozumieć. Wiedziałam, że mój młody umysł nie wyłapałby wszystkich niuansów fabuły i zawiłych wątków. Pogubiłabym się jak w labiryncie, z którego wyjść mogą tylko wtajemniczeni. I poczułam się bardzo dziwnie, gdy przypomniawszy sobie o tym kilka lat później zrozumiałam, że już nic tak trudnego przede mną nie ma, że jestem w stanie zrozumieć najbardziej zagmatwane losy zapisane nie tylko w powieściach, ale też w życiu. Kiedy jednak stałam się dorosła? Nie pamiętam. Nie wiem. Nie były dla mnie wielką zmianą 18. urodziny, ani te 20. czy kolejne... Nie poczułam też, że ten moment to wyjazd na studia do innego miasta, rozłąka z rodzicami czy nawet zamążpójście. Kiedy więc zaczynam myśleć o sobie jako o osobie dorosłej – sama nie wiem. To też jest długi most do przejścia - dojrzewania, ukobiecania się, wyrastania z ulubionych sukienek i odkładania na półkę ulubionych lalek z nadzieją, że inna mała dziewczynka kiedyś po nie sięgnie. A ja razem z nią.

W ciąży podobno naturalnym odczuciem jest zacieranie się granic między mną a dzieckiem. Nie jest to zresztą bardzo dziwne, przecież nie jestem w stanie nigdzie wyjść bez tej milczącej, ale dającej o sobie znać, Obecności. Nie możemy siłą woli oddzielić się fizycznie nawet na chwilę od siebie. Dwie zupełnie różne osoby, dwa niezależne istnienia, a jednak nierozdzielne. Jesteśmy na tę bliskość „skazani” przez kilka miesięcy nawet w tych sytuacjach, w których chciałoby się zostać zupełnie samemu tak, by nikt podsłuchiwał, by nikt nie zagłuszał rytmu własnego serca. Stanowimy przez pewien czas najbardziej zgrany team na świecie, zgodny, niekłótliwy. I to bycie razem zmienia mnie, kształtuje nie tylko moje macierzyństwo, ale całą moją tożsamość.

Matka przychodzi na świat razem z dzieckiem, ale przecież dziecko nie pojawia się gotowe w jednej chwili, nie zaczyna istnieć w momencie narodzin, nawet jeśli jego życie uparcie liczymy od porodu, wpisujemy w metryki i świętujemy co roku. W chwili poczęcia, choć jest Ono już określone i całe, nie jest jeszcze gotowe do samodzielnego życia w naszym świecie, a więc czeka. Czeka na odpowiedni moment, też jest gdzieś pomiędzy, dojrzewa, przygotowuje się. I może tylko to nas różni, że Ono nie wie o swoich przygotowaniach. Jakże wielki jest Dawca Życia, który to wszystko obmyślił.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS