Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8, 31b)

Uwierzyć w istnienie

To już ósmy miesiąc stanu błogosławionego - czasu tak pięknego, bogatego w emocje, rozmyślania, nowe perspektywy, nową część mnie samej, mnie-kobiety i całego świata, takim, jakim on jest, jakim mi się przedstawia albo jakim go czuję. Powinnam się już przyzwyczaić, prawda? Ale gdybym miała w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, jaki jest naprawdę stan błogosławiony, to nie wiem, czy umiałabym uchwycić go w jednym słowie, w jednym zdaniu, w stanowczej definicji (i chyba nie ma w tym udziału kobiece niezdecydowanie). Nie umiałabym go zamknąć. To jest niesamowita dynamika. To jest chyba jego istota – życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Życie, które rozwija się. Żyje.

Po tylu miesiącach wsłuchiwania się w małe serduszko ukryte w moim ciele, powinnam wiedzieć o nim chyba najwięcej, powinnam nie mieć wątpliwości, kim jest ten mały, tajemniczy jeszcze człowiek. A najmniej wątpliwości powinno nieść samo jego istnienie. Przecież to z jego powodu zmieniło się moje ciało, to przez jego obecność nie mogę założyć ulubionych sukienek, a obecny rozmiar brzucha zwraca uwagę nawet przechodniów. Nie powinnam nawet przez chwilę zapominać, że jest ze mną ktoś tak blisko i nieustannie, zwłaszcza że daje mi znać o sobie, o swojej aktywności – na brzuchu czuję (i widzę!) jego ruchy, rozpychanie się, przeciąganie i wszystkie inne figle, do jakich zdolne są dzieci. A jednak. A jednak czasem trudno mi uwierzyć, że on naprawdę istnieje! 

Ciągnący się za mną dylemat i zadziwienie zna na pamięć mój mąż. I nawet kiedyś przewidział, że dylemat ten, do tej pory najbardziej z nim związany, przeniosę także na nasze dzieci. Nieraz mówiłam (i nadal mi się to przydarza) do niego: nie wierzę, że istniejesz! Może znacie to uczucie – tego zdumienia i zastanowienia, czy oby ta osoba nie jest raczej naszym najpiękniejszym marzeniem, czy to, co nam się przydarza jest prawdą? To w istocie bardzo filozoficzne rozważanie – czy Ty istniejesz niezależnie ode mnie? Wiem, że tak. Wierzę, że tak. Ale skąd mam mieć pewność? Zresztą: czy moje widzenie Ciebie nie dodaje Ci czegoś, nie zmienia Cię w jakiś sposób? Problem solipsyzmu (a zatem pytanie, czy rzeczy istnieją niezależnie od podmiotu poznającego, niezależnie ode mnie) towarzyszy mi nie tylko naukowo (co podjęłam m.in. w pracy magisterskiej), ale też zupełnie intuicyjnie. (A może te dwie kwestie bardzo się łączą się bardziej, niż dotąd sądziłam.) Ale tu nie zależy mi na akademickich dowodach, badam raczej ten zachwyt i niedowierzanie w sobie – w istnienie takich Wspaniałych Osób, w istnienie takiej miłości i takich cudów, jakie mi się przydarzają.

Zatem, choć mam jako takie zdjęcia Ireneusza, choć czuję jego poruszenia, łapię się czasem na myśleniu: czy On naprawdę istnieje, czy On jest ze mną. Już przeczuwam, że kiedy pierwszy raz na niego spojrzę, pewnie nie będę mogła uwierzyć, że to ten sam Ktoś, kto przez kilka miesięcy mieszkał pod moim sercem. Jak tu nie wierzyć w Cuda? Ale może sprawa jest poważniejsza - może On, przez ten długi czas niejako „skazany” na moje towarzystwo, na słuchanie mojego głosu i emocji, nawet na żywienie się tym, na co ja mam ochotę, może i On, gdyby tylko mógł się jakoś wypowiedzieć, też nie uwierzyłby, że to ja, ta sama? Może uwierzenie w mamę nie jest wcale takie proste, a może jest wręcz trudniejsze? (Przypomina mi się pewne, krążące po sieci, opowiadanie o bliźniętach w łonie mamy, które dyskutują o swoich przekonaniach co do życia po porodzie i istnieniu mamy:-)

Jeśli tyle myśli rodzi się wtedy, gdy mam niezbite dowody obecności i istnienia tych najbliższych (widzę ich przecież, mogę dotknąć), to jak możliwa jest wiara w Boga? Skoro tutaj nie mogę nawet liczyć na swoje zwodnicze zmysły czy na ułomne dedukcje. Skoro nie dowierzam czasami w takie małe-wielkie, codzienne cuda mojego życia? W ich obecność?

I przychodzą mi tylko dwa tłumaczenia, dwa dowody – z istnienia i z miłości. Z tego, że żyję i jestem umiłowana.

Jak napisał ks. Jan Twardowski w jednym z wierszy:

Jestem bo Jesteś

Na tym stoi wiara

 

Dodałabym od siebie dalej:

Jestem bo Kochasz

na tym opiera się istnienie

Czytaj dalej...

Znając się prawie na pamięć

Ogarnęła mnie jakaś nostalgia i rozczulenie nad przygodą, jaką jest małżeństwo. Przygodą poznawania i bycia poznaną. Wielką przygodą. Szaloną? O tak, jakże bardzo! Ale przecież nasze kobiece serca są także spragnione wielkich przygód - zwłaszcza u boku męskich serc! - A zatem z dedykacją dla Mojego Męża.

Znamy się prawie na pamięć - jak łyse konie, jak stare dobre małżeństwo z kilkuletnim stażem, jakbyśmy beczkę soli zjedli razem (kto wie, możliwe, że tyle już tej soli było). Potrafisz przywołać cały wachlarz min i przypasować je do mojego nastroju lub emocji, których nikt inny z taką precyzją nie uchwyci i nie opisze. Z moich słów odczytujesz nie tylko drugie, ale i setne dno, którego ja nawet nie wyczuwam, do którego nie dosięgam. Ja tymczasem słucham Twoich, tych samych historii setki razy i dobrze wiem, kiedy pojawi się w nich jakaś luka, mogłabym opowiedzieć je sama. Umiem przewidzieć Twoje reakcje i wypowiedzi, jakbym miała dostęp do Twoich myśli. Czy jest w Tobie coś jeszcze do odkrycia, coś, o czym nie wiedziałam? Czy ja Cię czymś potrafię zaskoczyć?

Każdego dnia do tego obrazu, jaki sobie układamy w sercach, dołącza coś nowego, co rozbudowuje nam kolaż i tworzy mozaikę, o której nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Nie mogę uchwycić Cię raz na zawsze, nie mogę zobaczyć Cię inaczej jak tylko jako dzieło otwarte. Słyszę niekiedy z Twoich ust „to do ciebie nie podobne”, „myślałem, że tego nie zrobisz” i cieszę się, że jest we mnie jeszcze coś, czego nie odkryłeś, co mogę zrobić i sprawić, że otworzysz oczy szeroko, z podziwem, ze zdumieniem. A w głębi serca wiem, że Ty znasz mój potencjał, wielokrotnie widzisz mnie już z wyprzedzeniem, już zrealizowaną, upiększoną, wydoskonaloną. Wiesz, do czego jestem zdolna, nawet gdy zapieram się tego. I tylko czekasz, aż do tego dorosnę, aż się odważę. Każdego dnia jestem inna, podobnie jak Ty, a wciąż rozpoznajemy w sobie tę samą osobę, którą pokochaliśmy wiele lat temu. Tę samą, choć przecież już nie taką samą.

Pojemność naszego wzajemnego poznania ma jednak i swoje ciemności. Nikt nie zna tak dobrze moich słabości jak Ty, nikt tak doskonale nie opisałby moich lęków, kompleksów, czułych punktów i wad. Nikt nie zrobiłby tak szczegółowego rachunku sumienia moich grzechów. Nikt nie musiał tak cierpliwie i wielokrotnie znosić moich humorów, emocji, natchnień i płaczów jak Ty. I jeśli ktokolwiek na tym świecie miałby na mnie rzeczywiście jakiegoś „asa w rękawie”, by mnie zranić, oczernić lub zniszczyć, to byłbyś właśnie Ty. I vice versa. 

Małżeństwo jest wielkim oddaniem, zrzuceniem skorupki i pancerza, odarciem ze zbroi i zmyciem makijażu, jakie czasem nakładamy na siebie, idąc po prostu „do świata”, do ludzi. Tutaj, przy domowym kominku, do którego dorzucanie drwa bywa nużące, jesteśmy sobą, jesteśmy oświetleni blaskiem ognia i zmuszeni zrzucać z siebie to, co niepotrzebne, by utrzymać odpowiednią temperaturę. Jesteśmy więc niemal tacy, jakimi nas stworzył Pan, nie tyle fizycznie nadzy, co po prostu przeźroczyści, widzialni dla siebie. I oboje na to właśnie się zgadzamy, tego pragniemy i w blaskach, i w cieniach.

Poznanie, jakie przychodzi w małżeństwie, jest wielkim przywilejem.  

www.przepisnamilosc.pl

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS