O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! (Mt 15, 28)

Do twarzy jej w bieli

Na białym obrusie każda, nawet najmniejsza plamka staje się problematyczna, bije po oczach, patrzy na mnie jak wyrzut sumienia: to jak o mnie zadbałaś? Myślisz o sobie – tylko kawa i kawa, nie mogłaś napić się zwyczajnej wody? Nie mogłam, nie pomyślałam. Biel wydaje się oczywista i zdolna samą siebie obronić. Miewałam takie plamy na ubraniach, których nawet porady perfekcyjnej pani domu nie przegoniły. Jak tylko mogę, przekonuję męża, że białe koszule nie zawsze są obowiązkowe, że może założyć zupełnie inne, takie w paski czy w kratkę, przyjmując argumentację: bo są ciekawsze. Białe można prać przecież tylko z białym, a to zazwyczaj oznacza kilka tygodni oczekiwania na zebranie odpowiedniej ilości takich rzeczy. Biel jest piękna i odświętna, ale niepraktyczna i trudna w utrzymaniu. Coś za coś.

On w białym garniturze – to się zdarza, ale przecież rzadko (ja kojarzę taki obraz z filmów), ona nie w białej (bądź w pewnej wariacji bieli typu ecri) sukni – to także nieczęsty widok. Taka jest tradycja – mówią niektórzy. I to tradycja tak trwała, że niemal zupełnie wymknęła się swojej wymowie. Nie dziwi dziś nikogo panna młoda w takiej kreacji, która od x lat żyje ze swoim chłopakiem „jak małżeństwo”. Wszyscy tak robią. Wszyscy tak mieszkają, wszyscy takie suknie zakładają. Oczywiście nie wszyscy, to po pierwsze (ale w tę stronę zazwyczaj lepiej się uogólnia) i po drugie, wcale nie wiadomo, czy (a przede wszystkim kiedy) ta niestosowność jest pozorna. 

Nam kobietom do twarzy jest w bieli. Mężczyznom wystarcza biała koszula. Mawiamy o kobiecie: piękna, czysta i niewinna jak lilia, nie zachwycamy się przecież nad czystością i niewinnością mężczyzny (trochę szkoda, bo ich czystość jest równie godna podziwu, przypomina zdobyte w walce trofeum). Pragniemy tej naszej czystości wsłuchane w zachwyt Oblubieńca nad Oblubienicą w Pieśni nad Pieśniami (zawsze czuję się trochę onieśmielona tą księgą, czy na pewno wypada czytać tak piękne i osobiste wyznania?). Ten, Który nas stworzył, pragnie, by nasze serca były czyste, by nasze ciała były prawdziwie świątynią Ducha Świętego, by dawały życie i by były oddane innemu człowiekowi w całości i na zawsze w prawdzie sakramentalnego TAK. Także mężczyźni takich nas pragną, choć pewnie doświadczenia wielu z nas wydają się temu przeczyć.

Utrzymanie tej bieli bywa trudne. Nawet bardzo. Także nam kobietom, choć zwykle mówi się, że to męski problem. O samozaspokojeniu i o radości, jaką daje seksualność (oczywiście zupełnie bez kontekstu płodności), przeczytamy we wszystkich „babskich” gazetach. Zachęcone tą „normalnością” bardzo łatwo możemy uprzedmiotowić nasze ciało, zapominając, kim jesteśmy (córkami samego Boga), czego jesteśmy warte (tego, by sam Bóg oddał za nas życie) i do jak wielkich rzeczy zostałyśmy stworzone (do tego, by dawać życie).

Z jeszcze innego powodu, niezupełnie związanego z naszą kulturą, zachowanie czystości bywa trudne dla kobiet. Przez pragnienie miłości, przez tę przeraźliwie ogromną tęsknotę wylewającą się aż z serca, tęsknotę za byciem kochaną, wybraną, za byciem jedyną i najważniejszą, za byciem w całości dla kogoś. Zdarza się więc, że ona zaślepiona tymi pragnieniami, czasem też w poczuciu przymusu i braku innych rozwiązań, oddaje się jemu, być może z nadzieją, że on jej już nie zostawi, bo przecież o taki Dar trzeba zadbać, trzeba go przez całe życie chronić. Ale on przecież nie obiecał, że będzie, jeszcze nie ślubował, jeszcze w całości ciebie nie przyjął, choć ciało, wydawałoby się, mówi coś innego (mowa ciała może kłamać). On jeszcze może cię zostawić, może się rozmyślić i może się okazać, że to między wami to wcale nie miłość. Że nie dało się przyspieszyć jej rozwoju, bo dysonans był zbyt ogromny. Że choć ciała mogły się dopasować, to serca nigdy się nie złączyły.

Miałam w życiu szczęście. Spotkałam mężczyznę, z którym nie musiałam nawet rozpoczynać tak trudnej dla wielu dziewczyn rozmowy: wiesz kochanie, a ja bym chciała z tym poczekać do ślubu… Wprost przeciwnie – każdego dnia to on niczym rycerz bronił granic naszej intymności i dbał przede wszystkim o bliskość naszych serc. Pragnął zobaczyć mnie w bieli. Mówię „miałam szczęście”, bo to nie jest moją zasługą. Nasza walka o czystość nie była (choć przecież była) próbą wielkiego ognia, bo… byliśmy w tym razem. Nie walczyliśmy przeciwko sobie. W odpowiedzi na to ogromne pragnienie bycia kochaną usłyszałam: chcę cię całą... jako moją żonę.

Nie doświadczyłam rozdarcia, przez które przechodzi niejedna dziewczyna, gdy najpierw musi sama zmierzyć się ze swoimi pragnieniami, najwyższymi wartościami a postawą tego, którego pokochała. Niekiedy dokonuje się coś na miarę cudu - on urzeczony jej wytrwałością i pięknem, zgadza się poczekać. Nie zawsze rozumie, nie zawsze podziela jej spojrzenie, ale podejmuje wyzwanie. Często jednak to ona w końcu rezygnuje ze swoich ideałów, zagłusza sumienie, zniechęcona próbuje się dopasować, szukać kompromisu tak jakby między dobrem a złem było coś pośredniego. Ile razy to słyszałam: nie da się jednak inaczej, kiedyś też chciałam czekać do ślubu, to przecież nic wielkiego, dziś tak wszyscy robią, trzeba się sprawdzić… Czasem szuka usprawiedliwień, potwierdzeń, że nie jest to całkiem najgorszy scenariusz. Albo wprost przeciwnie: obwinia samą siebie i słyszy w sercu powracające pytanie: czy na pewno w bieli będzie mi do twarzy? Czy można było inaczej? Można było. Ale przede wszystkim nadal można.

Biel wydaje się jednorazowa. Doskonale znamy te nieznośne plamy, których nie można doprać, a nawet jeśli znikną, pozostaje to dziwne poczucie, że coś z materiałem jest nie tak – jest odrobinę cieńszy albo nienaturalnie bielszy. Ta biel jest inna. Tak, można iść w białej sukni, w welonie i naprawdę być czystą, nie będąc dziewicą. Można tak bardzo zapragnąć zmiany i tak bardzo rozkochać się w czystości, by zacząć od nowa, w każdej chwili. Bo ta czystość to coś więcej niż stan biologiczny. Widziałam i słyszałam o takich cudach. Słyszałam też o takich pragnieniach przepełnionych lękiem i niewiarą na zmianę. A On przecież wszystko może. Bóg jest perfekcjonistą, On potrafi sprać z naszych szat to, co wydaje się już na zawsze wtopione w tkaninę, potrafi załatać dziury i braki tak, że nie ma po nich śladu, potrafi przywrócić to, co wydaje się utracone na zawsze. On potrafi to, co krwawi przez lata, w jednym momencie uleczyć.

Dam wam serce nowe (Ez 36, 26)

Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję (Ps 51, 9)

Każdej z nas do twarzy w bieli. Tej bieli, która pochodzi od Niego.

Czytaj dalej...

Ciążowe i adwentowe oczekiwanie

Na co teraz czekasz? Na Święta, na kolację, na chwilę odpoczynku, na powrót męża z pracy, na telefon z ważną wiadomością, na wyniki badań, na ślub, na odnalezienie Księcia z bajki, na narodziny dziecka albo wnuka? Czy wiesz, na co czekasz?

Łapię się na tym, że mnie się wydaje, że wiem, na co czekam. Teraz czekam na narodziny Syna. Czekam, by stać się mamą w pełni (w końcu bez szukania odpowiedniego sformułowania). Są takie etapy w życiu, których istotą jest oczekiwanie, czasem wypełnione tęsknotą, lękiem przed nieznanym, nadzieją, radością, a bardzo często przygotowaniem, albo raczej przygotowywaniem się wciąż bez pewności, czy tyle wystarczy. Przygotowujemy się do małżeństwa, do rodzicielstwa, do ślubów, do dyplomu - tak jak umiemy. Słyszałam już nie raz, że pierwsze dziecko zmienia najwięcej i w moim życiu, i w małżeństwie. Potrafię sobie to wyobrazić, powoli to do mnie dociera, choć wciąż jeszcze mam problem z wiarą w istnienie naszego Syna i mnie – jako mamy, a tym bardziej tego, że czas jest już bliski. Wielokrotnie wyobrażałam sobie nasze pierwsze Spotkanie, nasze wspólne spacery i przygody, ale co wtedy będę czuć, jak nam wtedy będzie Razem, tego nie umiem przewidzieć. Może rzeczywistość przerośnie marzenia? Tak na przekór tym, którzy złowieszczo opowiadają o traumach rodzicielstwa, o samych ograniczeniach, tym, którzy przestali już wierzyć w macierzyństwo i tacierzyństwo wypełnione spełnieniem i radością. Tym, którzy oczekują na ten etap, kiedy w końcu dzieci się usamodzielnią.

Tak, wiem, na co i na kogo czekam, w przeciwnym razie nie wiedziałabym nic o tym oczekiwaniu. Ale tak naprawdę… Ja jednak nie wiem, co i kto na mnie oczekuje. Co mnie czeka, mówiąc powtarzanym sformułowaniem. Czy spodziewając się drugiego, trzeciego, czwartego albo piątego dziecka rodzice dokładnie wiedzą, co ich czeka? Na pewno nauczyli się już bardzo praktycznie jak spakować torbę do szpitala, jak przewijać noworodka, jak dopasowywać ubranka, by nie było mu za zimno ani za gorąco, jak trzymać dziecko przy karmieniu, kiedy wybrać się z nim na szczepienia, ale nie wiedzą przecież, jakie będzie to Dziecko – może całkiem inne od poprzednich? Oni przecież też nie są tacy sami jak poprzednio. Może wraz z tym Dzieckiem zmieni się więcej niż są w stanie sobie wyobrazić? Podobnie i przedślubnie. Wiedziałam, że będę żoną, że czeka nas etap docierania się, dzielenia obowiązków domowych, układania przyszłości, przeżywania szarych, jesiennych wieczorów i szalonych wakacyjnych podróży. Naczytałam się poradników, nasłuchałam opowieści, a potem życie i tak mnie zaskoczyło, przerastając wszystkie dotychczasowe doświadczenia. Ale bez tego przygotowania zwanego narzeczeństwem bałabym się powiedzieć TAK, bałabym się tak ostatecznego wyboru. Bez tego oczekiwania zwanego stanem błogosławionym (a czasem adekwatnie też ciążą) bałabym się jeszcze bardziej chwili Rozwiązania i nieodwołalności naszej relacji, nowego życia w moim/naszym życiu.

Oczekiwanie jest przygotowaniem na to, co nadejdzie – co przyjdzie samo jak chce, a często i kiedy chce. To nie jest dobrze zaplanowany i przemyślany trening (czasem szkoda!), to jest przygotowanie niepełne, które przypomina naukę przed egzaminem, na którym dokładnie nie wiemy, o co możemy być zapytani (okropne uczucie, prawda?). Może paść pytanie o coś zupełnie innego niż nam się wydawało ważne, może właśnie o tę kwestię, którą pominęliśmy, do której przez zmęczenie nie dotarliśmy, która właśnie uciekła nam z pamięci. Ale to przygotowanie pełne oczekiwania pozwala wejść w siebie i w swoje serce. Pozwala otworzyć się, wyciszyć, skupić, wyostrzyć zmysły, nadsłuchiwać tego, co nadchodzi, doszukiwać się oznak i śladów – czasem inaczej niż sobie to zaplanowaliśmy i wymarzyliśmy. A przede wszystkim zmusza do zaufania.

Adwentowe oczekiwanie

Lubię adwent, nie mogę tego ukryć. Przy całej otoczce komercji, tandetnych bombkach, dziwnych reklamach, „Bożym narodzeniu” i życzeniach, w których zapomina się o Bogu, przy szale zakupowym i marketingowym... A także przy otoczce tradycji, które nieraz męczą, ale częściej wzruszają i przywołują wspomnienia te najwcześniejsze, tych pierwszych Świąt jeszcze z dziadkami, jeszcze z wiarą w Świętego Mikołaja, z największą radością przy żłóbku (i aniołku, który kiwał głową po wrzuceniu monety) i z mglistym pojęciem o tym, czym naprawdę są Święta. Czekałam na to adwentowe czekanie. I oto jest. Jakże kobiecy, jakże błogosławiony czas - czekania na Narodziny.

To już kolejny adwent w moim życiu. Pewnie w Twoim także. Wiem, czego mogę się spodziewać, jakie pieśni i czytania usłyszę w kościele, nie zdziwi mnie zapewne ani Zwiastowanie, ani Narodzenie Jezusa – na pewno Maryja powie swoje fiat, Chrystus narodzi się w żłobie lub w grocie, przywędrują do niego pastuszkowie i trzej królowie, a Herod nie zmieni swoich planów i obaw. Na Wigilii będzie dzielenie się opłatkiem i smak dań niezmienny od lat (a może i od pokoleń). Adwent będzie pachniał pierniczkami, cytrusami, porannym wstawaniem, będzie oświetlony blaskiem świec w wieńcu adwentowym, a im bliżej Świąt – tym bardziej zapachnie świerkiem.

Ale czy ja naprawdę wiem, jakim oczekiwaniem jest ten Adwent? Czy ja wiem, na Kogo i na co czekam? Jeśli odpowiem twierdząco, jeśli uznam, że ja już wiem, nie wyruszę w poszukiwanie tego, co naprawdę ma nadejść – może to samo co rok rocznie, ale w całkiem nowej formie, odkrywając przede mną nieznane nigdy wcześniej treści. Bóg może przecież jednym słowem, które znamy od zawsze, zmienić całe nasze życie. Jednym dotknięciem. Ale jeśli mam swoje utarte schematy oczekiwania i wcale nie chcę dać się zaskoczyć? Jeśli chcę iść tą samą drogą, co zawsze? Może nie chcę nic zmieniać, bo wygodne jest bezpieczne czekanie na to, co już znane. To, co rzeczywiście na mnie czeka, co chce przyjść, może mnie nie zastać w oczekiwaniu. Możemy się minąć i nawet o tym nie wiedzieć.

Może czekam nie tyle na Jezusa Chrystusa, na narodziny samego Boga, ale na chwilę odpoczynku, na piękną, świąteczną i rodzinną atmosferę, na ferie? A może – czekam nie tyle na narodziny Syna Bożego, ale na narodziny własnego dziecka (pytam samą siebie, bo te dwie daty w tym roku bardzo się zbiegają)? Może nie czekam wcale na jakąś zmianę, na odnowienie, na przybliżenie się Królestwa Bożego, tylko na to, co tak dobrze oswojone i znane? Nie na pokój, ale na święty spokój.

W tym adwencie mogę oczekiwać na przyjście i przybliżenie się czegoś więcej w moim życiu, niż mi się zdaje, niż mi się marzy. Tylko - czy do-czekam się? Czy wytrwam? 

Czytaj dalej...

Błogosławione „pomiędzy”

Nie jestem już nigdy sama, „zatracam” w całkowitej wolności swoją autonomiczność i niepodzielność, ale wciąż dla wielu osób stwierdzenie „jestem mamą”, brzmi co najmniej dziwnie. Może nawet dla mnie samej jest to jeszcze określenie trudne, górnolotne, oswajam się z nim, ciągle nie dowierzam – jakby bicie małego, innego serca, choć ukryte, było niewystarczającym dowodem. A tak naprawdę jakby samo pozwolenie dziecku dorastać we mnie było zbyt małą zasługą, niegodną jeszcze szczytnego miana macierzyństwa.  

Stan błogosławiony to przedziwny czas bycia „pomiędzy”, czas oczekiwania, ale też czas rozdarcia, przejścia przez most, który łączy dwie odmienne tożsamości: mnie-samej i mnie-matki. Kim teraz jestem? Bo kim byłam i kim mam się stać, to czuję, ale kim jestem w tej drodze, na tym moście?

W kulturze ludowej stan „pomiędzy” był uważany za bardzo tajemniczy, wręcz złowrogi. To, co nie było dookreślone, bez konkretnej tożsamości, było nawet uważane za niebezpieczne, mroczne, niestabilne, a więc zagrażające porządkowi świata. Taki status miała np. panna młoda, która nie była już panną, ale dopiero stawała się mężatką. Była jakby zawieszona między dwoma światami, a do żadnego nie pasowała bez zastrzeżeń – już i jeszcze. Stan błogosławiony ma w sobie coś ze stanu narzeczeństwa: dorastanie do innej roli, dojrzewanie do nowej sytuacji i trwanie w pewnym zawieszeniu, w niedookreśleniu, w poszukiwaniu samej siebie. Niby wiesz, co się ma wydarzyć, wiesz, z czym wiąże się to, co ma nadejść, a jednak masz poczucie, że jest pewien czas teraz, którego nie można zasłaniać tym nadchodzącym kiedyś, nawet wkrótce, ani tym, co już było. I choć stokrotnie już zadawałaś sobie pytanie o to, „kim jesteś”, pojawia się nowa potrzeba odpowiedzi. 

Stan tego przechodzenia przypomina mi także czasy nastoletnie, gdy słyszałam, że nie jestem już dzieckiem. Wiedziałam przecież o tym, czułam to. Nie byłam już dziewczynką - to zdrobnienie nie pasowało tak dobrze jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jednak nie byłam też dorosłą kobietą, a nazwanie tak samej siebie w tamtych czasach spotkałoby się z ironicznym uśmiechem – innych osób, ale też moim. Pamiętam dobrze, że jako dziecko zastanawiałam się, o czym są grube książki pozbawione obrazków, które czytała moja mama. Czułam wobec nich swoisty respekt. Nie przed ich długością czy nieinteresującą okładką, ale przed treścią, której, jak mocno wierzyłam, nie byłabym w stanie wtedy zrozumieć. Wiedziałam, że mój młody umysł nie wyłapałby wszystkich niuansów fabuły i zawiłych wątków. Pogubiłabym się jak w labiryncie, z którego wyjść mogą tylko wtajemniczeni. I poczułam się bardzo dziwnie, gdy przypomniawszy sobie o tym kilka lat później zrozumiałam, że już nic tak trudnego przede mną nie ma, że jestem w stanie zrozumieć najbardziej zagmatwane losy zapisane nie tylko w powieściach, ale też w życiu. Kiedy jednak stałam się dorosła? Nie pamiętam. Nie wiem. Nie były dla mnie wielką zmianą 18. urodziny, ani te 20. czy kolejne... Nie poczułam też, że ten moment to wyjazd na studia do innego miasta, rozłąka z rodzicami czy nawet zamążpójście. Kiedy więc zaczynam myśleć o sobie jako o osobie dorosłej – sama nie wiem. To też jest długi most do przejścia - dojrzewania, ukobiecania się, wyrastania z ulubionych sukienek i odkładania na półkę ulubionych lalek z nadzieją, że inna mała dziewczynka kiedyś po nie sięgnie. A ja razem z nią.

W ciąży podobno naturalnym odczuciem jest zacieranie się granic między mną a dzieckiem. Nie jest to zresztą bardzo dziwne, przecież nie jestem w stanie nigdzie wyjść bez tej milczącej, ale dającej o sobie znać, Obecności. Nie możemy siłą woli oddzielić się fizycznie nawet na chwilę od siebie. Dwie zupełnie różne osoby, dwa niezależne istnienia, a jednak nierozdzielne. Jesteśmy na tę bliskość „skazani” przez kilka miesięcy nawet w tych sytuacjach, w których chciałoby się zostać zupełnie samemu tak, by nikt podsłuchiwał, by nikt nie zagłuszał rytmu własnego serca. Stanowimy przez pewien czas najbardziej zgrany team na świecie, zgodny, niekłótliwy. I to bycie razem zmienia mnie, kształtuje nie tylko moje macierzyństwo, ale całą moją tożsamość.

Matka przychodzi na świat razem z dzieckiem, ale przecież dziecko nie pojawia się gotowe w jednej chwili, nie zaczyna istnieć w momencie narodzin, nawet jeśli jego życie uparcie liczymy od porodu, wpisujemy w metryki i świętujemy co roku. W chwili poczęcia, choć jest Ono już określone i całe, nie jest jeszcze gotowe do samodzielnego życia w naszym świecie, a więc czeka. Czeka na odpowiedni moment, też jest gdzieś pomiędzy, dojrzewa, przygotowuje się. I może tylko to nas różni, że Ono nie wie o swoich przygotowaniach. Jakże wielki jest Dawca Życia, który to wszystko obmyślił.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS