Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

Jeśli nie stan błogosławiony, to jaki?

Jeszcze wciąż dłonie układają się mimowolnie na brzuszku, próbując go ugłaskać, a ten dziwnie skurczony, choć wciąż zaokrąglony, jakby nie mój. Dłonie gładzą to miejsce czule, jakby nie wiedziały, że tam teraz nikt nie mieszka, zdaje się, że czekają na kopnięcie, poruszenie, czy jakiś znak życia.

Nie jestem już w stanie błogosławionym? To jak określić ten stan? Prze-błogosławiony? Po-błogosławiony? Jak określić stan większego szczęścia od tego poprzedniego, ten moment wypełnienia oczekiwania, te chwile największej radości i Zmian? Ten czas, który wydobywa ze mnie nieznane nigdy przedtem emocje, myśli i siły, przynosi natchnienia, które nie mogły pojawić się nigdy wcześniej, ten czas wydania na świat nie tylko nowego człowieka, ale mnie nowej, odmienionej. Ten moment narodzenia serca mamy w pełni. Trudnego rodzenia.

Ireneusz jest już po drugiej stronie brzuszka. Znaliśmy się tak dobrze przez ostatnie miesiące, a jednak startujemy jakby od zera, i on, i ja, no i jego tata. Nie sądziłam, że można kogoś tak bardzo pokochać, tak szybko, taką miłością inną, jeszcze mi nieznaną, że można za tego kogoś naprawdę prawie umrzeć, balansując na cienkiej linii życia i śmierci w chwili rodzenia. Jakże przemawiają do mnie dziś słowa Jezusa z Ewangelii św. Jana: „Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat.” (J 16, 21) Może dlatego słyszałam tyle o pięknych porodach, a tak mało o bólu. I ja bardzo powoli układam swoje wspomnienia i tę opowieść już inaczej. 

Takie to było nasze Boże Narodzenie szpitalne, wypełnione śpiewaniem Synkowi kolęd (idealne jako kołysanki), jedzeniem uszek na szpitalnym łóżku i odwiedzaniem koleżanek na innych piętrach (przy tym odkrywaniem niezwykłego wsparcia kobiet, doświadczeniem skomplikowanych historii i współniesieniem macierzyńskich trosk). Naprawdę, nie dało się przygotować na to, co nastąpiło. To, czego najbardziej się bałam, okazało się najmniejsze, a pojawiało się inne, czego nawet nie brałam pod uwagę. 

„Macierzyństwo nie jest podobne do żadnego innego uczucia i jest niemożliwe, aby kobieta wiedziała przed urodzeniem dziecka, jak głębokie będzie to doświadczenie.” (Anonim)

Czytaj dalej...

Ciążowe i adwentowe oczekiwanie

Na co teraz czekasz? Na Święta, na kolację, na chwilę odpoczynku, na powrót męża z pracy, na telefon z ważną wiadomością, na wyniki badań, na ślub, na odnalezienie Księcia z bajki, na narodziny dziecka albo wnuka? Czy wiesz, na co czekasz?

Łapię się na tym, że mnie się wydaje, że wiem, na co czekam. Teraz czekam na narodziny Syna. Czekam, by stać się mamą w pełni (w końcu bez szukania odpowiedniego sformułowania). Są takie etapy w życiu, których istotą jest oczekiwanie, czasem wypełnione tęsknotą, lękiem przed nieznanym, nadzieją, radością, a bardzo często przygotowaniem, albo raczej przygotowywaniem się wciąż bez pewności, czy tyle wystarczy. Przygotowujemy się do małżeństwa, do rodzicielstwa, do ślubów, do dyplomu - tak jak umiemy. Słyszałam już nie raz, że pierwsze dziecko zmienia najwięcej i w moim życiu, i w małżeństwie. Potrafię sobie to wyobrazić, powoli to do mnie dociera, choć wciąż jeszcze mam problem z wiarą w istnienie naszego Syna i mnie – jako mamy, a tym bardziej tego, że czas jest już bliski. Wielokrotnie wyobrażałam sobie nasze pierwsze Spotkanie, nasze wspólne spacery i przygody, ale co wtedy będę czuć, jak nam wtedy będzie Razem, tego nie umiem przewidzieć. Może rzeczywistość przerośnie marzenia? Tak na przekór tym, którzy złowieszczo opowiadają o traumach rodzicielstwa, o samych ograniczeniach, tym, którzy przestali już wierzyć w macierzyństwo i tacierzyństwo wypełnione spełnieniem i radością. Tym, którzy oczekują na ten etap, kiedy w końcu dzieci się usamodzielnią.

Tak, wiem, na co i na kogo czekam, w przeciwnym razie nie wiedziałabym nic o tym oczekiwaniu. Ale tak naprawdę… Ja jednak nie wiem, co i kto na mnie oczekuje. Co mnie czeka, mówiąc powtarzanym sformułowaniem. Czy spodziewając się drugiego, trzeciego, czwartego albo piątego dziecka rodzice dokładnie wiedzą, co ich czeka? Na pewno nauczyli się już bardzo praktycznie jak spakować torbę do szpitala, jak przewijać noworodka, jak dopasowywać ubranka, by nie było mu za zimno ani za gorąco, jak trzymać dziecko przy karmieniu, kiedy wybrać się z nim na szczepienia, ale nie wiedzą przecież, jakie będzie to Dziecko – może całkiem inne od poprzednich? Oni przecież też nie są tacy sami jak poprzednio. Może wraz z tym Dzieckiem zmieni się więcej niż są w stanie sobie wyobrazić? Podobnie i przedślubnie. Wiedziałam, że będę żoną, że czeka nas etap docierania się, dzielenia obowiązków domowych, układania przyszłości, przeżywania szarych, jesiennych wieczorów i szalonych wakacyjnych podróży. Naczytałam się poradników, nasłuchałam opowieści, a potem życie i tak mnie zaskoczyło, przerastając wszystkie dotychczasowe doświadczenia. Ale bez tego przygotowania zwanego narzeczeństwem bałabym się powiedzieć TAK, bałabym się tak ostatecznego wyboru. Bez tego oczekiwania zwanego stanem błogosławionym (a czasem adekwatnie też ciążą) bałabym się jeszcze bardziej chwili Rozwiązania i nieodwołalności naszej relacji, nowego życia w moim/naszym życiu.

Oczekiwanie jest przygotowaniem na to, co nadejdzie – co przyjdzie samo jak chce, a często i kiedy chce. To nie jest dobrze zaplanowany i przemyślany trening (czasem szkoda!), to jest przygotowanie niepełne, które przypomina naukę przed egzaminem, na którym dokładnie nie wiemy, o co możemy być zapytani (okropne uczucie, prawda?). Może paść pytanie o coś zupełnie innego niż nam się wydawało ważne, może właśnie o tę kwestię, którą pominęliśmy, do której przez zmęczenie nie dotarliśmy, która właśnie uciekła nam z pamięci. Ale to przygotowanie pełne oczekiwania pozwala wejść w siebie i w swoje serce. Pozwala otworzyć się, wyciszyć, skupić, wyostrzyć zmysły, nadsłuchiwać tego, co nadchodzi, doszukiwać się oznak i śladów – czasem inaczej niż sobie to zaplanowaliśmy i wymarzyliśmy. A przede wszystkim zmusza do zaufania.

Adwentowe oczekiwanie

Lubię adwent, nie mogę tego ukryć. Przy całej otoczce komercji, tandetnych bombkach, dziwnych reklamach, „Bożym narodzeniu” i życzeniach, w których zapomina się o Bogu, przy szale zakupowym i marketingowym... A także przy otoczce tradycji, które nieraz męczą, ale częściej wzruszają i przywołują wspomnienia te najwcześniejsze, tych pierwszych Świąt jeszcze z dziadkami, jeszcze z wiarą w Świętego Mikołaja, z największą radością przy żłóbku (i aniołku, który kiwał głową po wrzuceniu monety) i z mglistym pojęciem o tym, czym naprawdę są Święta. Czekałam na to adwentowe czekanie. I oto jest. Jakże kobiecy, jakże błogosławiony czas - czekania na Narodziny.

To już kolejny adwent w moim życiu. Pewnie w Twoim także. Wiem, czego mogę się spodziewać, jakie pieśni i czytania usłyszę w kościele, nie zdziwi mnie zapewne ani Zwiastowanie, ani Narodzenie Jezusa – na pewno Maryja powie swoje fiat, Chrystus narodzi się w żłobie lub w grocie, przywędrują do niego pastuszkowie i trzej królowie, a Herod nie zmieni swoich planów i obaw. Na Wigilii będzie dzielenie się opłatkiem i smak dań niezmienny od lat (a może i od pokoleń). Adwent będzie pachniał pierniczkami, cytrusami, porannym wstawaniem, będzie oświetlony blaskiem świec w wieńcu adwentowym, a im bliżej Świąt – tym bardziej zapachnie świerkiem.

Ale czy ja naprawdę wiem, jakim oczekiwaniem jest ten Adwent? Czy ja wiem, na Kogo i na co czekam? Jeśli odpowiem twierdząco, jeśli uznam, że ja już wiem, nie wyruszę w poszukiwanie tego, co naprawdę ma nadejść – może to samo co rok rocznie, ale w całkiem nowej formie, odkrywając przede mną nieznane nigdy wcześniej treści. Bóg może przecież jednym słowem, które znamy od zawsze, zmienić całe nasze życie. Jednym dotknięciem. Ale jeśli mam swoje utarte schematy oczekiwania i wcale nie chcę dać się zaskoczyć? Jeśli chcę iść tą samą drogą, co zawsze? Może nie chcę nic zmieniać, bo wygodne jest bezpieczne czekanie na to, co już znane. To, co rzeczywiście na mnie czeka, co chce przyjść, może mnie nie zastać w oczekiwaniu. Możemy się minąć i nawet o tym nie wiedzieć.

Może czekam nie tyle na Jezusa Chrystusa, na narodziny samego Boga, ale na chwilę odpoczynku, na piękną, świąteczną i rodzinną atmosferę, na ferie? A może – czekam nie tyle na narodziny Syna Bożego, ale na narodziny własnego dziecka (pytam samą siebie, bo te dwie daty w tym roku bardzo się zbiegają)? Może nie czekam wcale na jakąś zmianę, na odnowienie, na przybliżenie się Królestwa Bożego, tylko na to, co tak dobrze oswojone i znane? Nie na pokój, ale na święty spokój.

W tym adwencie mogę oczekiwać na przyjście i przybliżenie się czegoś więcej w moim życiu, niż mi się zdaje, niż mi się marzy. Tylko - czy do-czekam się? Czy wytrwam? 

Czytaj dalej...

Mamo, czy ja jestem piękna?

Niedawno u rodziców (nie pamiętam nawet dlaczego) w rozmowie podjęliśmy temat moich dodatkowych kilogramów w czasie ciąży (obecne już +13 :-) Mama spojrzała wtedy na mnie i bardzo ciepło oznajmiła: „ale Kasiu, ty pięknie wyglądasz!”. (Tak na marginesie czy też w nawiasie: komplementów od mamy w czasie ciąży mam naprawdę dużo, a jeden szczególnie utkwił mi w pamięci: „ciąża tak ci służy, że powinnaś cały czas być w ciąży!”.) Ale zaraz po tych słowach dodała: „ja wiem, słowa mamy to nie to samo...”.

Wielokrotnie, zwłaszcza gdy byłam nastolatką i mama w jakiś sposób doceniała czy to moją urodę czy talenty, miała w sobie niezwykłą świadomość, że jej słowa na pewnym etapie nie wystarczają (a ostatnio dała do zrozumienia, że według niej na żadnym etapie nie wystarczają). Wcale nie obrażała się, kiedy one budziły jedynie delikatny uśmiech albo przekorną, choć krótką i szczerą wtedy w moim odczuciu odpowiedź: „nieprawda”. Dobrze wiedziała, że jej słowa i opinie są lub mogą być odebrane przeze mnie jako nieobiektywne, pocieszające, a nawet nic nie znaczące. Takie mamusiowe gadanie, które czasem zamiast podnosić na duchu, mogło tylko dołować: to już jest ze mną tak źle, że tylko mama może mi prawić komplementy?! Ona patrzyła przecież zawsze z miłością, a czy w takim spojrzeniu można coś uznać za niepiękne? Ona sama stwarzała we mnie piękno, a ja chciałam wiedzieć, że jestem piękna. Tak obiektywnie. Albo subiektywnie, ale w oczach kogoś, kto wcale tego zachwytu nie ma ze względu na naturę naszej relacji. Kto wcale nie powinien, ale naprawdę chce, kto zostaje urzeczony mną. Tak, chciałam zachwycać, ale kogoś więcej (a właściwie: kogoś innego) niż własną mamę. Pragnęłam podziwu Adama nad wdziękiem Ewy. Kiedy dziewczyna marzy o byciu adorowaną przez inne osoby, a często przez tę jedną jedyną, to słowa mamy nic nie wnoszą. W tej jednej sprawie ona szybko przestaje być nieomylnym autorytetem. Bo i co z tego, że słyszę od niej, że jestem piękna i wspaniała, kiedy nikt inny tego nie dostrzega? Jest (czy też może pojawić się) taki etap w naszej historii życia. Ale może on przemija? I wracamy z utęsknieniem do tych maminych zachwytów?... Czy zawsze słowa mamy to nie to samo?

Czy jestem piękna? Podobno pytamy o to przede wszystkim naszych tatusiów, nosząc w sobie wielkie pragnienie bycia dla niego księżniczką. Czy z mamą jest bardzo inaczej? Kilka dni po tamtej rozmowie, przy myciu podłóg, wróciły do mnie jej słowa. (Nie ma to jak szybki refleks.) Poprowadziłam wtedy spontaniczny dialog między mną a nią. A właśnie, że Twoje słowa, mamo, są dla mnie bardzo ważne! Ale tu chodzi o coś więcej niż tylko o pytanie, czy jestem piękna, bo za nim idą kolejne, zwłaszcza na tym etapie mojej drogi - usamodzielnienia się i tworzenia własnej rodziny: czy jestem zaradna, czy jestem dobrą gospodynią, czy jestem kobietą „z klasą”, czy mam dobre serce, czy dokonałam dobrych wyborów, czy jesteś ze mnie dumna, itp. Zrozumiałam, że to, jak dziś patrzy na mnie moja mama, jest dla mnie niezwykle ważne! Zupełnie jakby moje olśnienie przyszło wraz z poślizgnięciem się na wyczyszczonych panelach. Dotarło do mnie dlaczego do dziś, a może szczególnie dziś, wszystkie słowa mamy, jej opinie i uwagi na mój temat mamy są dla mnie tak istotne, dlaczego tak często do nich powracam, dlaczego wywołują wiele różnych emocji. Usłyszałam niedawno mądre, psychologiczne stwierdzenie o tym, że w ciąży jest się bardziej podatną na krytykę, że jest to etap prawdziwego odcinania pępowiny, etap mierzenia się ze swoją mamą – tak, może to i prawda, ale znalazłam też swoją odpowiedź na pojawiające się we mnie uczucia i przemyślenia. Ja po prostu chcę być piękna dla mojej mamy. Chcę wiedzieć, że jej nie zawiodłam, że patrząc na mnie, widzi dobre owoce swojej pracy wychowawczej, że widzi we mnie cząstkę siebie i tego, którego tak bardzo pokochała – mojego taty, że akceptuje mnie i moje wybory, i moje do siebie podobieństwo, i równocześnie moją odmienność. I dlatego tak przykre są, pozornie jej błahe komentarze np. na temat niedobrze dobranej torebki; mojego stylu, który jej nie zawsze odpowiada; źle upieczonego ciasta (bo przecież zamiast takiego najprostszego można postarać się o jakieś „normalne”;, nieumiejętności zadbania o garderobę męża, itp. Dlatego też tak uskrzydlające są dziś dla mnie, niemal jak dla małej dziewczynki, pochwały czy słowa uznania z jej strony. I nawet takie słowa – o tak! Nawet takie: Pięknie wyglądasz!

To powinno być tak oczywiste – wpatrzenie rodzicielki pełne miłości i urzeczenia. I dla mnie było, dopóki nie poznałam sytuacji, które temu przeczyły. Historii dziewczyn, które od dzieciństwa słyszały, że są brzydkie, głupie, niegrzeczne – nie od kolegów na podwórku, ale właśnie od swojej Mamy. Bo nie spełniały wymagań i wyobrażeń, bo miały inną wrażliwość, inne talenty, bo były po prostu niedoskonałe… I nawet jeśli nie chciały być księżniczkami, nie miały tak wzniosłych marzeń, to po prostu chciały być przyjęte i kochane takimi, jakimi są, nie walcząc o uznanie, nie zdobywając punktów, nie starając się dorównać komuś innemu. Chciały tylko czuć, że są wystarczające dokładnie takie, jakie są. I w pełni przyjęte przez najbliższych. A zwłaszcza przez tą, która je przyjęła jako pierwsza. Bo to czasem za mało, być przyjętą w jej łonie. My chcemy być przyjęte w Waszych sercach, kochane Mamy! I jako małe dziewczynki i jako kobiety. Zawsze. My - niedoskonałe, błądzące, nieporadne czasami, często dalekie od ideału dzielnej niewiasty, niekiedy zagubione, nawet wyśmiane przez innych, nieprzyjęte przez ludzi, ale dla Was wyjątkowe, piękne i obdarzone kobiecym geniuszem. Może serce mamy wcale nie jest takie subiektywne? Może właśnie przez miłość jest zawsze obiektywne i może w nas tę wartość podtrzymywać?

A więc – tak, jest dla mnie ważne, czy jestem piękna w Twoich oczach, Mamo. (A wiem Mamo, że będziesz czytać ten wpis, oj wiem!)

Czytaj dalej...

Uwierzyć w istnienie

To już ósmy miesiąc stanu błogosławionego - czasu tak pięknego, bogatego w emocje, rozmyślania, nowe perspektywy, nową część mnie samej, mnie-kobiety i całego świata, takim, jakim on jest, jakim mi się przedstawia albo jakim go czuję. Powinnam się już przyzwyczaić, prawda? Ale gdybym miała w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, jaki jest naprawdę stan błogosławiony, to nie wiem, czy umiałabym uchwycić go w jednym słowie, w jednym zdaniu, w stanowczej definicji (i chyba nie ma w tym udziału kobiece niezdecydowanie). Nie umiałabym go zamknąć. To jest niesamowita dynamika. To jest chyba jego istota – życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Życie, które rozwija się. Żyje.

Po tylu miesiącach wsłuchiwania się w małe serduszko ukryte w moim ciele, powinnam wiedzieć o nim chyba najwięcej, powinnam nie mieć wątpliwości, kim jest ten mały, tajemniczy jeszcze człowiek. A najmniej wątpliwości powinno nieść samo jego istnienie. Przecież to z jego powodu zmieniło się moje ciało, to przez jego obecność nie mogę założyć ulubionych sukienek, a obecny rozmiar brzucha zwraca uwagę nawet przechodniów. Nie powinnam nawet przez chwilę zapominać, że jest ze mną ktoś tak blisko i nieustannie, zwłaszcza że daje mi znać o sobie, o swojej aktywności – na brzuchu czuję (i widzę!) jego ruchy, rozpychanie się, przeciąganie i wszystkie inne figle, do jakich zdolne są dzieci. A jednak. A jednak czasem trudno mi uwierzyć, że on naprawdę istnieje! 

Ciągnący się za mną dylemat i zadziwienie zna na pamięć mój mąż. I nawet kiedyś przewidział, że dylemat ten, do tej pory najbardziej z nim związany, przeniosę także na nasze dzieci. Nieraz mówiłam (i nadal mi się to przydarza) do niego: nie wierzę, że istniejesz! Może znacie to uczucie – tego zdumienia i zastanowienia, czy oby ta osoba nie jest raczej naszym najpiękniejszym marzeniem, czy to, co nam się przydarza jest prawdą? To w istocie bardzo filozoficzne rozważanie – czy Ty istniejesz niezależnie ode mnie? Wiem, że tak. Wierzę, że tak. Ale skąd mam mieć pewność? Zresztą: czy moje widzenie Ciebie nie dodaje Ci czegoś, nie zmienia Cię w jakiś sposób? Problem solipsyzmu (a zatem pytanie, czy rzeczy istnieją niezależnie od podmiotu poznającego, niezależnie ode mnie) towarzyszy mi nie tylko naukowo (co podjęłam m.in. w pracy magisterskiej), ale też zupełnie intuicyjnie. (A może te dwie kwestie bardzo się łączą się bardziej, niż dotąd sądziłam.) Ale tu nie zależy mi na akademickich dowodach, badam raczej ten zachwyt i niedowierzanie w sobie – w istnienie takich Wspaniałych Osób, w istnienie takiej miłości i takich cudów, jakie mi się przydarzają.

Zatem, choć mam jako takie zdjęcia Ireneusza, choć czuję jego poruszenia, łapię się czasem na myśleniu: czy On naprawdę istnieje, czy On jest ze mną. Już przeczuwam, że kiedy pierwszy raz na niego spojrzę, pewnie nie będę mogła uwierzyć, że to ten sam Ktoś, kto przez kilka miesięcy mieszkał pod moim sercem. Jak tu nie wierzyć w Cuda? Ale może sprawa jest poważniejsza - może On, przez ten długi czas niejako „skazany” na moje towarzystwo, na słuchanie mojego głosu i emocji, nawet na żywienie się tym, na co ja mam ochotę, może i On, gdyby tylko mógł się jakoś wypowiedzieć, też nie uwierzyłby, że to ja, ta sama? Może uwierzenie w mamę nie jest wcale takie proste, a może jest wręcz trudniejsze? (Przypomina mi się pewne, krążące po sieci, opowiadanie o bliźniętach w łonie mamy, które dyskutują o swoich przekonaniach co do życia po porodzie i istnieniu mamy:-)

Jeśli tyle myśli rodzi się wtedy, gdy mam niezbite dowody obecności i istnienia tych najbliższych (widzę ich przecież, mogę dotknąć), to jak możliwa jest wiara w Boga? Skoro tutaj nie mogę nawet liczyć na swoje zwodnicze zmysły czy na ułomne dedukcje. Skoro nie dowierzam czasami w takie małe-wielkie, codzienne cuda mojego życia? W ich obecność?

I przychodzą mi tylko dwa tłumaczenia, dwa dowody – z istnienia i z miłości. Z tego, że żyję i jestem umiłowana.

Jak napisał ks. Jan Twardowski w jednym z wierszy:

Jestem bo Jesteś

Na tym stoi wiara

 

Dodałabym od siebie dalej:

Jestem bo Kochasz

na tym opiera się istnienie

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS