Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10, 42)

Zmienić wszystko pierwszym krokiem

Zmienić coś. W sobie. W życiu. W domu. W małżeństwie. W relacji z dzieckiem. W modlitwie. W życiu duchowym. W swoim spojrzeniu na samą siebie. W swoich nawykach. Zmienić, zmienić, zmienić. Niech będzie lepiej, lepiej, lepiej. Znacie to?

Gdyby obsługa zmian w życiu była tak prosta jak zmiana pościeli, byłoby cudownie! Zdejmujesz starą, zapewne jedną z ulubionych, ale już wymagającą odświeżenia, może też zaszycia drobnych dziur. Wrzucasz do pralki, dodajesz ulubiony pachnący płyn do płukania, nastawiasz odpowiedni tryb, czekasz, wyjmujesz, wywieszasz na balkonie. Czekasz, zakładasz, mocując się nieco z dużą kołdrą i desperacko szukając jej rogów, by dopasować je odpowiednio. Jest! Dwa energiczne ruchy i już gotowe! Nowa, czysta, idealnie dopasowana. Niby ta sama, ale inna. Taka, jaką chciałaś.

Ile razy chciałyście coś zmienić w swoim życiu? Ja nie raz. A może nawet zacząć wszystko od nowa? Nie tak, żeby znowu stać się niemowlakiem, ale np. jeszcze raz zacząć małżeństwo czy macierzyństwo - bo teraz to już wiemy, jak można byłoby lepiej je przeżyć, jak można by od nowa budować, bez obecnych zarysowań, nawyków i straconych szans. Ciągle pojawiają się nowe pomysły i potrzeby. Są takie zmiany, do których sama nie wiem (choćby pozornie), jak się zabrać. To znaczy widzę efekt finalny, a może nawet bardziej czuję go niż widzę, ale nie wiem, jaka do niego prowadzi droga. Albo nawet inaczej: wiem jaka to droga, ale wcale mi się nie chce nią iść. Albo zaczynam tę wędrówkę, czasem bez przygotowania i dokładnego planu, bez odpowiednich zapasów i wyposażenia, jak w sandałkach na szczyt góry, z nadzieją, że jakoś to będzie, ale po kilku chwilach wracam z przekonaniem, że jednak jeszcze nie teraz, nie tu, nie tak. Zawsze jest jakieś usprawiedliwienie. A jak już go braknie, to pozostaje jeszcze obarczenie samej siebie. Ja taka po prostu jestem. 

W teoriach my kobiety jesteśmy często lepsze niż mężczyźni. Przyznajcie się, ile już książek na temat kobiecości, budowania relacji czy rodzicielstwa przeczytałyście? Ile konferencji wysłuchałyście? Na ilu warsztatach byłyście? Mogło być ich wszystkich wiele, teorię znamy, słyszałyśmy ją nie raz. Nawet słyszałyśmy coś o praktyce, wiemy, jak zabrać się do zmian, jak pokochać siebie, jak lepiej komunikować się z mężem, jak rozmawiać z dziećmi, jak radzić sobie z emocjami, jak lepiej gospodarować czasem, oszczędzać pieniądze na prezenty i jak skuteczniej usuwać kamień w łazience. Wiemy wiele, z różnych dziedzin. Lubimy się doszkalać, lubimy rozważać to, co dla nas ważne lub po prostu przydatne, ale jak trudno bywa później po prostu zacząć tym żyć? Trudno. Mówię to ja. Może komuś jest łatwiej ;-) Ale tak naprawdę to łatwiej czasem szukać kolejnej inspirującej teorii z nadzieją, że może w końcu będzie na tyle urzekająca, że jej motywacji nie będziemy w stanie się oprzeć. A może po prostu wcale nie wierzymy, że możemy coś zmienić? Bo zmiany, te naprawdę ważne i piękne, te, które prowadzą do uzdrowienia, do nowego spojrzenia na siebie, do odnowienia najważniejszych relacji, do wzięcia życia i czasu, jaki jest nam dany, w swoje ręce, są trudne. Jeszcze bardziej w takim procesie dostrzegamy, że one są potrzebne, nawet niezbędne. Gdy chcemy pracować nad komunikacją z ukochanym, widzimy jaskrawiej swoje błędy, egoizm, zabezpieczanie się przed zranieniem i szukanie nie jedności, a samej siebie, swojej wygody. Kiedy chcemy w pełni zaakceptować swoje ciało, musimy stanąć oko w oko z tym, jakie ono jest, z tym, jak widzą je inni oraz z tym, jak być może przez lata było odrzucone. Trzeba stanąć niekiedy na samym dnie.
 
Trudne są zmiany także wtedy, gdy chcemy, by były wielkie, spektakularne albo natychmiastowe. Ja na przykład najczęściej pragnę zmian totalnych. Albo się coś robi dobrze, albo wcale, no nie? Więc nie chcę być trochę lepszą, trochę bardziej wyrozumiałą czy trochę mniej zrzędliwą żoną, ja chcę być od razu żoną idealną! Tak samo nie chcę być trochę lepiej zorganizowaną panią domu, z prawie zawsze błyszczącą w kuchni podłogą i niemal zawsze ugotowanym obiadem, ja chcę być perfekcyjną panią domu (i nawet trochę już wiem, jak nią być)! I nawet jeśli w głowie nie mam ideału, który każdemu przypasuje, to mam swój własny ideał, swoją wizję, swoje dążenie. Jeśli go nie osiągam, mogę czuć, że nic się nie zmieniło. A przecież wiele mogło się udoskonalić! 
 
A wiecie od czego zaczynają się wielkie zmiany? Od malutkich kroczków. Od pierwszego, ale systematycznego, konsekwentnego novum w naszej codzienności, w naszej głowie, w naszym sercu. Od założenia: mogę zrobić dziś coś małego po to, by być lepszą żoną/ odważniejszą kobietą/ kochającą mamą/ itp. Mogę zrobić mały krok, tak mały jak małe są moje stopy. Ale ile ja już dzięki nim przeszłam.
 
Jakie to są  m a ł e  k r o k i? 
 
Ania napisała do mnie: Przeczytałam twój wpis o pamiętnikach i bardzo mi się spodobał. Zaczęłam go prowadzić, ale nie wytrwałam więcej niż 5 dni, każdego dnia było coraz mniej i mniej czasu, żeby wszystko opisać. Chcesz przejść od nic-nie-pisania do pisania-wszystkiego, od prawie-żadnej autorefleksji do refleksji-totalnej? Oczywiście, że będzie trudno. O wiele łatwiej zacząć od jednego małego postanowienia. Każdego dnia napiszę jedno zdanie wdzięczności, bez narzekania, bez ciemnowidztwa, bez żalów. Albo: każdego dnia rano po przeczytaniu fragmentu Pisma Świętego zapiszę w notesie jedno zdanie, które będzie mi dziś towarzyszyć. Tyle. 
 
Podobnie jest ze zmianami w małżeństwie. Nie mogę od razu stać się idealną żoną (właściwie godzę się z tym, że to raczej nie tyle nie od razu  co właściwie raczej nigdy), ale mogę postanowić, że każdego dnia w tym tygodniu szczerze podziękuję za coś mojemu mężowi albo docenię go w tym, co mu się udało albo podziękuję mu za jego starania. Będę po prostu uważna na każde dobro, o jakie walczy i jakie jest w nim. Albo w tym tygodniu będę pracować nad moją wybuchowością i zdenerwowaniem, które często kieruje wobec niego (bo i kto najbardziej cierpi z powodu naszych humorów?;-). Od razu może nie staniemy się najbardziej twórczym, najbardziej rozmodlonym małżeństwem, ale możemy postanowić, że w każdym miesiącu zaplanujemy nasze wyjście we dwoje - do kawiarni, do teatru, na spacer a w inny dzień miesiąca zorganizujemy sobie wieczór dialogowy, na którym podzielimy się naszymi uczuciami, marzeniami, wspomnieniami. Jeśli nie modlimy się razem często, możemy zrobić małe zobowiązanie - codzienna wieczorna modlitwa Pańska i niedzielne wspólne czytanie Liturgii Słowa. Może później dołączy do tego wspólna modlitwa uwielbienia, dzielenie się Słowem Bożym czy Liturgia Godzin? Może tak. Ale najpierw zróbmy pierwszy krok. Razem trochę łatwiej. Razem to już nawet dwa kroki.
  
Żeby udało nam się coś zmienić, by udało się dojść do obranego celu, zbudować coś na nowo, lepiej czuć się z samą sobą czy o czym tam jeszcze marzymy..., trzeba po prostu zacząć działać. Tu i teraz. Nie czytać wciąż więcej, nie słuchać kolejny raz, ale zadziałać, wziąć sprawę, wziąć siebie, swoje Serce we własne dłonie. Pokierować nim, wskazać kierunek. (Oczywiście wszystkie książki, konferencje, spotkania są bardzo ważne i cenne, ale gdy pozostajemy z nimi jak z czystą teorią, która nie pracuje w nas, to czy naprawdę ich potrzebujemy?)
 
Tak niewiele, a tak wiele.
Zmienić teorię w praktykę, upiększyć siebie, swoje życie. Zrobić krok. Pierwszy. Potem drugi i trzeci.
 
On na pewno za nimi nadąży, może nawet je przyspieszy, może je wesprze, a może delikatnie da znać, że lepiej zrobić to inaczej niż nasza najlepsza zdobyta gdzieś tam teoria mówi. On może wszystko, ale za nas tego kroku nie zrobi. Pewnie mógłby, ale przecież dał nam wolność.  
 
Wiecie już, jaki mały krok możecie zrobić dziś?
Czytaj dalej...

Pauza należy do rytmu

Każda z nas potrzebuje czasem wysokiej wieży, w której mogłaby się schronić, a właściwie zamknąć, szczelnie domykając okna i przekręcając klucz w drzwiach na wypadek gdyby komuś – całkiem przypadkiem albo bardzo umyślnie – przyszło do głowy nas ratować albo po prostu wpaść z odwiedzinami na herbatkę z konfiturą, dotrzymując towarzystwa. Bo nie jest dobrze, żeby człowiek był sam, to prawda. Ale czasem tak jest właśnie dobrze. Słyszałam wielokrotnie, że wyjście na pustynię to bardziej męska domena. Że bardziej – raczej się zgodzę, ale że tylko - już nie. Jak pisze Edyta Stein: samotność mężczyzny jest raczej stanem ducha niż potrzebą fizyczną. A jak jest u nas?... Choć jako kobiety żyjemy w świecie przebogatym w relacje i powiązania, potrzebujemy czasem oddechu, niekiedy tej właśnie symbolicznej komnaty w surowym, nierozpraszającym klimacie, albo małej łódki na jeziorze, oddalanej od tego, co w świecie, a wszystko po to, by usłyszeć samą siebie i Jego. I tak duchowo pobyć samotnie, ale też tak fizycznie.

Są takie momenty w życiu (i pewne etapy), kiedy doza samotności i wyciszenia jest nam konieczna nie jak powietrze zwyczajne, miastowe, a nawet wiejskie, ale jak to najczystsze, górskie, które wypełnia płuca niewymownym orzeźwieniem i nową siłą. Potrzebujemy tej samotności wtedy, gdy rozpędzamy się na tyle mocno, że brakuje już tchu i rozeznania, i wydaje się jakbyśmy traciły zdolność panowania nad własnymi krokami, a to, co nas wtedy samo prowadzi, nie zawsze jest z Boga. Także wtedy, gdy stajemy na rozdrożu decyzji, którą trzeba podjąć, a która wymaga odważnego przemyślenia, odcięcia się od sugestii nawet tych najżyczliwszych, od doskonałych porad irecept, bo nikt za nas nie pójdzie dalej, nikt nie weźmie ciężaru odpowiedzialności ani wyrosłych owoców, a przecież może to być nielekki kosz do uniesienia. I wtedy, gdy stajemy wobec nowych zadań, nowych ról i nowych siebie, i gdy w krótkim czasie burzy się nasze życie, i trzeba z rozsypanych części siebie stworzyć mozaikę, bo nie da się już idealnie odtworzyć tego, co było, powrotu już nie ma… A czasem potrzeba tych czterech ścian po prostu po to, by poczuć się sobą, by pobyć z własnymi myślami i pragnieniami, i obrać kierunek, może wcale nie jakiś kluczowy i przełomowy, ale kolejny, ale ważny.

Różne są te nasze komnaty i wieże – niektóre nie są wcale wysokie, a wdrapanie się do nich nie musi wiązać się z dużym wysiłkiem fizycznym, choć wysiłek woli może być ogromny. Bo czasem niełatwo jest wyciszyć się i odciąć od tego, ważne, pilne, najbliższe, najukochańsze. Ale warto. Taka pauza nie jest stratą czasu. „Także pauza należy do rytmu.” (Stefan Zweig)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS