Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: <<Nie płacz!>> (Łk 7, 13)

O tym, jak wszystko nagle rozkwitło! Czyli jak i po co powstał NoTes Kobiety

Kiedy tworzyłam Kalendarz Kobiety 2017, nie przypuszczałam nawet, że na tak długo pozostanie w moim sercu temat kobiet Nowego Testamentu. Najpierw pojawił się on jako element programu formacyjno-rozwojowego Między Niewiastami (o którym opowiem więcej już w trakcie Tygodnia Między Niewiastami). Ponad rok temu, kiedy zaczęłam pracę nad Kalendarzem, te fragmenty wróciły do mnie z nową siłą. Ale najwięcej wydarzyło się chwilę później. Od początku 2017 roku trwa program #jawJEGOoczach oraz moja - ponowna, ale i coraz głębsza - wędrówka z tymi bohaterkami. Dzięki nim spotykam siebie, ale co ważniejsze - spotykam Jego. Widzę także, jak wspaniale Pan wykorzystuje te Słowa, by docierać do serc wielu kobiet. Słyszę to od nich i zachwycam się Jego działaniem! A więc jestem cała w tym projekcie i już od pewnego czasu zastanawiałam się, jak nie stracić tych skarbów? Jak zatrzymać je na dłużej? Jak pomóc innym kobietom przejść tę drogę - i to nie ograniczoną cezurą 2017 roku.

W marcu przyszło natchnienie zapoczątkowane naszym małżeńskim świadectwem podczas rekolekcji wielkopostnych w jednej z podwarszawskich parafii. Pomysł był prawie genialny i miał być błyskawiczny w wykonaniu. Czyli taki zupełnie inny niż Kalendarz (i chyba to zachęciło mnie najmocniej!). To miała być 20-stronicowa broszurka, która pozwoli zachować na dłużej ponadczasowe treści z Kalendarza Kobiety 2017. Plan powzięty w marcu był taki: 10 zdjęć i 10 cytatów. Taki notes - przypominajka, inspiracja. Taki notes, który może ewangelizować. Taki, który można komuś niezobowiązująco podarować, taki, po który można sięgnąć w chwilach smutku czy zwątpienia. Taki, który może być towarzyszem w modlitwie. Ale przecież notes kojarzy mi się przede wszystkim z pisaniem, z notowaniem. Więc już za chwilę przemyślałam to i postanowiłam, że stron musi być więcej, chociaż ze 40. Jednak im dłużej myślałam nad tym projektem, liczba stron notesu była większa…. Pojawiały się kolejne kalkulacje: może warto dodać jeszcze to i tamto. Pytania, świadectwa, wolne kartki. A może i materiały online? I tak moja 20-stronicowa broszurka zmieniła się w 200-stronicowy notes. Duża zmiana, prawda? Ja nadziwić się nie mogę i ciężko mi naprawdę oszacować ilokrotnie większy nakład pracy został przy tym wykonany niż był pierwotnie zakładany. Gdybym od początku wiedziała, ile czasu zajmie stworzenie tego notesu, z pewnością bym ten pomysł odrzuciła już na starcie - bo to przecież nie jest dobry czas, żeby robić coś tak  pracochłonnego… Ale On mnie zna. On ma na mnie sposoby! Wie, że tego bym się nie podjęła, więc zaczął małej wizji, pozwalając mi ją powiększyć. Potrzebowałam tego procesu i oswojenia z kolejnym dużym przedsięwzięciem.

O tym, jak odkryłam Nowy Testament w NOTESIE i o okładce, która rozkwitła na przekór moim wyobrażeniom

Po drodze było kilka niespodzianek. Najpierw nazwa. Dobrze wiedziałam o czym jest ten notes. Nie po prostu notes inspiracji, motywacji. Ale konkret. Kobiety Nowego Testamentu. Zaczęłam pracę nad okładką. Chyba trochę od końca, ale co tam! Zaczęłam właśnie od niej, żeby urealnić samej sobie to coś, co stało się dla mnie nagle takie wielkie. Wpisałam odpowiednie słowa, pobawiłam się fontami i zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegłam - No-Tes to przecież dwie sylaby, które rozpoczynają nazwę: Nowy Testament. Ale fajnie! To był początek przygody związanej z projektowaniem okładki. Tak, pierwszy raz to ja sama projektowałam, nie zleciłam tego mężowi, ale wzięłam się do pracy, która szybko okazała się żmudnym i trudnym procesem poszukiwania czegoś… ostatecznego, czyli wersji najlepszej z możliwych. Najpierw była kredka, potem chmurka, potem kwiaty. Jeśli śledzicie rozwój Kalendarza Kobiety, pewnie zauważyłyście zwrot w kierunku minimalizmu. Tak miało być i w tym przypadku. Ale nijak nie dało się tego dokonać, okładka aż się prosiła o kwiaty, coraz więcej kwiatów. Mój cudowny natchniony „No-tes” trzeba było też jakoś zaznaczyć, oddzielić.  Przez długi czas, prawie do samego końca, stawiałam tam kropkę, która idealnie komponuje się z wnętrzem NoTesu (tak! tam jest dużo kropek!). Ale ta kropka była…jakaś taka niepasująca. Smutna. Niesatysfakcjonująca. Dobrze, dodałam więc jeden kwiat. Niech ci będzie - pomyślałam. Zawsze mogę wrócić do kropki. Ale kwiat się do mnie uśmiechał. I było to dobre. Ale zostały jeszcze dwa ozdobne “zawijasy”. Ok, co mi szkodzi zrobić kolejną, może już z pięćdziesiąta wersję..., coraz bardziej zadowalającą. Fajną. I tak powoli wszystko rozkwitło. I było coraz mniej minimalistycznie. Znowu zupełnie nie tak, jak początkowo zakładałam…;-)  Ale co zrobić, kiedy okładka aż prosiła się o ożywienie, ukwiecenie. Może to dobry początek - pomyślałam. Może ta okładka pokazuje metaforycznie, w czym NoTes ma pomóc kobietom - w rozkwitaniu!

Misja NoTesu Kobiety, czyli jakby znowu o tym samym, a jednak inaczej

Pragnienie stworzenia NoTesu i jego misja są podobne do tych, które pojawiły się przy projekcie Kalendarzy Kobiety i programu #jawJEGOoczach. Formować swoje serce tak, by wiedzieć - pamiętać - kim jesteśmy w Jego oczach. Mieć w sobie taką pewność, której nie zburzy żadna klęska, upadek, moja niepoprawność, cudza opinia. Niesiemy ze sobą historię życia, niezrealizowanych marzeń, chorób i upadków, ludzkich, krzywdzących spojrzeń. Bywamy nimi obciążone. Przygarbiamy się, chowamy w sobie, a w końcu i zasypiamy. Ale On chce nas uwalniać. Chce nas odnajdywać. On odpowiada na nasze błagania. Budzi nas. On przychodzi niespodziewanie, wyczekiwany lub nie. Uzdrawia swoim Słowem, dotykiem, spojrzeniem, swoją obecnością. Uzdrawia oczy. I wzbudza pragnienie powrotu do Niego. Pragnienie powrotów, bo powroty będą konieczne. Formacja serca to w końcu projekt trwający całe życie.

Powstanie NoTesu Kobiety jest wyrazem mojej ogromnej wiary w to, że nic nie czyni nas silniejszymi niż spotkania z Jezusem. Że to, co pozwala nam zobaczyć prawdę o nas, to Słowo Boże i że w sposób szczególny możemy odnaleźć siebie w historiach kobiet Nowego Testamentu. Te historie mogą być dobrym początkiem naszej drogi z Jezusem lub odnowieniem naszej relacji z Nim! Te bohaterki pomagają nam odkrywać prawdę o nas - o naszych lękach, pragnieniach, doświadczeniach. One pomagają nam zobaczyć Jezusa i spotkać Go - podobnie do nich, ale i całkiem inaczej. Ten NoTes jest wyrazem pragnienia, by każda kobieta zyskała motywację i inspirację do walki - o prawdę na swój temat, o czas dla siebie (i Niego). Głęboko wierzę w to, że spotkania ze Słowem Bożym, przybliżanie sobie historii tych kobiet pomoże nam formować nasze kobiece serca - czynić je jeszcze bardziej według Jego Serca. Że będziemy pełne Jego miłości i pewne tego, Kim jesteśmy w Chrystusie!

* * *

PS Nakład NoTesu Kobiety wyczerpał się po niecałym roku od premiery... Planowany dodruk w odświeżonej wersji w 2019 roku. A tymczasem zapraszam Cię do dostępnych programów formacyjnych - z kobietami Starego Testamentu oraz ze świętymi. Dostępne tutaj 

 

 

Czytaj dalej...

Anna. Nieutulona. Pocieszona

Kobiety Starego Testamentu zwykle nie znajdują się w gronie naszych przyjaciółek od serca. Nie znamy ich za dobrze (zresztą one same też trochę się ukrywają). Może wydają się mało ciekawe, mało współczesne, mało inspirujące, takie blade - na tle współczesnych porywających słowem czy przykładem mówców, tkliwych lektur i setek innych propozycji dookoła. Czy jednak naprawdę mają nam tak niewiele do zaoferowania? Ich historie wpisane w Biblię mówią do nas przecież Jego Słowem, mówią naprawdę do nas i... o nas.  W każdej z nich możemy odnaleźć cząstkę siebie. I to taką nie na jutro, nie na niewiadome kiedyś, ale na dziś.

Jesteście gotowe na spotkanie z jedną z nich, z jedną z Mniej Znanych - z Anną? 

„Był pewien człowiek (…) imieniem Elkana (…) Miał on dwie żony: jednej było na imię Anna,a drugiej Peninna.”
1 Sm 1, 1-2 

Być tą drugą. Albo nawet być tą pierwszą, ale jedną z dwóch. W każdym razie – wychodzi na to samo - nie być jedyną, nie być wyjątkową, nie móc powiedzieć „mój miły jest mój, tylko mój”. I to w miłości, której zasadą jest przecież całkowite oddanie. Już tutaj zaczynam współczuć Annie, która zapewne pragnie miłości wyłącznej, miłości bez rywalizacji i bez porównań. Ale momencik. Nie zapominajmy o jednym. Z powodu mojej sympatii do Anny odruchowo niemal staję po jej stronie. Ale Peninna też jest jedną z dwóch. I to nic, że – jak zaraz się przekonamy – odczuwa swoją przewagę nad Anną. Ta przewaga jest krucha, ta przewaga nie buduje w niej nic dobrego. Ona też nie może spełnić pragnienia bycia jedyną. Ona także jest unieszczęśliwiona konstelacją, w jakiej się znalazła. Co więcej, ma poważne przesłanki ku temu, by czuć się tak samo pierwsza, jak i druga. 

„Peninna miała dzieci, natomiast Anna ich nie miała.”
1 Sm 1, 2

Dwie żony, ale tylko jedna z nich obdarzona widzialnym błogosławieństwem, jedna wybrana. Dziś może próbowalibyśmy Annie opowiedzieć o duchowym macierzyństwie, ale pewnie powiedziałaby jasno: to za mało. Dla mnie i dla innych. A nawet jeśli uchwyciłaby tę ideę, nie byłaby gotowa na nią przystać. Bycie matką w tamtej kulturze nadawało kobiecie prawdziwe uznanie. Wtedy mogła czuć się dumna, spełniona, wtedy patrzono na nią inaczej. Kobieta bezpotomna była uważana za niepełną, a nawet odrzuconą przez Boga. Choć nadal nie wiemy wiele o tych dwóch żonach -  nic o ich wyglądzie, o tym, co lubią robić popołudniami czy o tym, jakie noszą sukienki, to i tak wiemy coś bardzo ważnego.  

„Pewnego dnia Elkana składał ofiarę. Dał wtedy żonie swej Peninnie, wszystkim jej synom i córkom po części ze składanej ofiary. Również Annie dał część, lecz podwójną, gdyż Annę bardzo miłował, mimo że Pan zamknął jej łono. Jej współzawodniczka przymnażała jej smutku, aby ją rozjątrzyć z tego powodu, że Pan zamknął jej łono. I tak się działo przez wiele lat. Ile razy szła do świątyni Pana, [tamta] dokuczała jej w ten sposób.” 

1 Sm 1, 4-7

Peninna też chce być pierwszą! Musi być dumna ze swojego macierzyństwa. I to bardzo! Córki, synowie... I jeszcze to poczucie przewagi! Czuje zapewne, że Bóg jej błogosławi, dając jej dzieci. Być może to jest jej pocieszenie w chwilach, kiedy widzi Annę jako tę, którą Elkana miłuje. I to bardzo, aż za bardzo. Ale jako matka pewnie miewa gorsze dni, kiedy widzi tylko trud, swoją niemoc, niewystarczalność, swoje porażki. Może myśli nawet czasem, że dłużej nie da rady być mamą. Może wydaje jej się niekiedy lub całkiem często, że jest niewystarczająco dobra. Może zmęczona patrzy na Annę z ukrytym głęboko żalem i zazdrością. Annie jest przecież lżej. Anna nie ma zapewne rozstępów po ciąży, może od lat wygląda tak samo młodo, niemalże kwitnąco. Nie to co matka kilkorga... Razem ze swoją dumą Peninna nosi też ogromny ból – czuje się mniej kochana. Dlatego przymnaża smutku Annie, czerpiąc satysfakcję z jej płaczu. Czy jednak można ją tłumaczyć? Czy ona sama i jej dzieci nie są wystarczającym powodem do smutku dla Anny? Czy musi jej przypominać o tym, jakby Anna mogła choć na chwilę zapomnieć o swoim „braku” i o swoich pragnieniach? Peninna rani celowo, wie, gdzie uderzyć. Nie potrafi wyjść poza swoje cierpienie, sama czuje się przecież zraniona. Samym spojrzeniem męża, podział ofiary to już sprawa drugorzędna... Nie od dziś wiadomo, że zranione serca nie potrafią kochać tak łatwo. Niestety pewnie i w tym jej zranieniu, i w tej jej postawie odwetu możemy odnaleźć i cząstkę siebie… Cząstkę tej rany, która niezagojona, ciągle o sobie przypomina.

„Anna więc płakała i nie jadła. I rzekł do niej jej mąż, Elkana: «Anno, czemu płaczesz?
Dlaczego nie jesz? Czemu się twoje serce smuci?
Czyż ja nie znaczę dla ciebie więcej niż dziesięciu synów?»”
1 Sm 1, 7-8

Ciekawe: w którym momencie Elkana dostrzega cierpienie Anny. Po ilu miesiącach, po ilu latach? Czy wtedy, kiedy usłyszał jej łzy? Wtedy, kiedy ona już nie mogła udawać dłużej, że wszystko jest w porządku? Kiedy zebrał się na odwagę, by zainterweniować? Jak źle musiało już być? W końcu, jak czytamy, podejmuje próbę pocieszenia. Pokazuje jej jak wygląda sytuacja z jego perspektywy. Płacze, a przecież ma powody do radości! Przecież cię kocham i uznaję twoją wartość niezależnie od potomstwa. Trochę jakby próbuje odwrócić jej uwagę, może nawet wzbudzić poczucie winy. Miała przecież jego miłość! Czym przy tym może być miłość dziecka czy też łaska Boga... ;-) (Tak, Elkana jak niejeden mężczyzna najwidoczniej ma o sobie dość wysokie mniemanie;-) Ten, który ją kocha, nie potrafi jej pocieszyć. Choć ma rację, choć ma dobre chęci, choć daje jej poczucie bycia kochaną, nie dosięga głębi jej pragnień i cierpienia. Jest bezradny. Czy nie doświadczamy czasem i tej bezradności? Anna przekonuje się, że nikt nie może wziąć jej cierpienia. Że słowa najbliższej osoby nie dają ukojenia. Nawet jego miłość nie wystarcza. 

„Smutna na duszy zanosiła do Pana modlitwy i płakała nieutulona.”
1 Sm 1, 10

Anna idzie do świątyni szukać pomocy u samego Boga. Nie wydaje mi się, żeby to był pierwszy raz. Nie pierwszy raz cierpi, nie pierwszy raz przynosi tu swoją, tę samą intencję. Ale ten raz jest inny. Może dlatego, że Anna nie umie dłużej grać, nie umie udawać dłużej, nie umie powstrzymać łez. Może już sama nie oszukuje się, że może być pocieszona przez kogoś innego niż przez samego Boga. I może pierwszy raz czuje mocno, że chce zmiany. Nie chce trwać w swoim nieszczęściu. Przelewa się czara goryczy. Wypłakuje swój ból.

W świątyni najpierw doświadcza jednak jeszcze jednego niezrozumienia. Kiedy składa Bogu obietnicę, że jeśli otrzyma syna, odda go Jemu, zostaje posądzona o... nietrzeźwość.  

„Gdy tak żarliwie się modliła przed obliczem Pana, Heli przyglądał się jej ustom. Anna zaś mówiła tylko w głębi swego serca, poruszała wargami, lecz głosu nie było słychać. Heli sądził, że była pijana. Heli odezwał się do niej: «Dokąd będziesz pijana? Wytrzeźwiej od wina!»
1 Sm 1, 12-14

Kapłan. Ten, który ma być blisko Boga, ten, który widzi więcej, ten, który ma wrażliwsze serce, nie rozpoznaje jej łez, nie rozumie ich, dopóki ona mu ich nie wytłumaczy. Ale potem już odchodzi ze świątyni przemieniona. Spokojna. Pełna ufności. Właściwie pewna, że stanie jej się to, o co prosiła. Może pierwszy raz w życiu naprawdę w to uwierzyła. A może nawet nie tyle pewna tego, że otrzyma syna, ale pewna Jego pocieszenia. To pocieszenie nie jest przecież równoznaczne jeszcze z poczęciem syna. Anna oddaje Bogu swoje pragnienie i cierpienie. Nie jest już w nim sama. 

Samuel, uproszony u Boga, zgodnie z obietnicą Anny, zostaje oddany do świątyni na służbę Panu, gdy tylko matka odstawia go od piersi. Czy Anna nie żałuje swojej odważnej obietnicy? Czy nie chciałaby dłużej cieszyć się swoim dzieckiem? Czy choć przez chwilę nie myślała, że on jest jej, że jego miejsce jest przy niej, że nikt inny jak ona - może to dziecko wychować i ochronić? A jednak oddaje go Bogu i modli się słowami (1 Sm 2, 1-10), które w cudowny sposób przypominają późniejsze wypowiedziane przez Maryję Magnificat.

Raduje się me serce w Panu,
moc moja wzrasta dzięki Panu...
1 Sm 2, 1

 

 Czego uczy mnie historia Anny?

# Tylko Bóg pociesza (co jednak nie zwalnia mnie z wrażliwości na cierpienie innych i z niesienia im dobrego słowa, otwartości, relacji!)

# Bóg pociesza natychmiast

# Zranione serce potrafi... ranić

# Bóg pragnie mojej całkowitej szczerości i oddania się Jemu

# Wszystko, co mam, jest darem od Boga

# Moje dzieci są Jego szczególnym Darem, moje dzieci są dziećmi Bożymi

 

***

 

Pomocą do rozważania historii Anny, a także wielu innych kobiet Starego Testamentu jest program formacyjny uBOGAcONA między niewiastami Starego Testamentu

***

Poniżej (nad notką o autorze - czyli nad moim zdjęciem - jest plik do ściągnięcia "Pobierz załącznik") - możecie pobrać przygotowaną kartę do zapisania sobie najważniejszych myśli z historii Anny. Może być to dobra forma, by utrwalić najważniejsze myśli związane z historią Anny. I oczywiście - gorąco zachęcam do sięgnięcia do całości tekstu i odpowiedzenia sobie na pytanie: A mnie czego uczy historia Anny? 

 

Czytaj dalej...

Czy ona zawsze była dzielna?

Kobieta wszechstronna, zorganizowana, łącząca role żony, matki, pani domu i kobiety przedsiębiorczej. Ideał naszych czasów! A może odwieczny wzór. Zadziwiam się sama, ile spraw potrafię i ja połączyć. Ćwiczę się w wielozadaniowości, czyli rozwijam swoje przeczuwane wcześniej, ponoć naturalne kobiece predyspozycje. Próbuję. Sprzątając kuchnię, pilnując dzieci i czytając książkę. Gotując obiad i załatwiając to i owo, słuchając audycji i śpiewając radosne dziecięce piosenki (Ach marzenia, marzenia, marzenia…). Rozwijając się jako mama i jako kobieta zaangażowana. Wykonując telefon i wycierając lustro, które za chwilę znów zostanie oznaczone malutkimi paluszkami (a mimo to tego dużego lustra za nic bym nie oddała!) Takie naturalne łączenie tysiąca spraw, które jest mocowaniem się. Z czasem, z samą sobą, z całym niemal światem (najczęściej pod postacią małych dzieci:-)

Stąd mam wątpliwości. Naprawdę Dzielna Niewiasta (Przy 31, 10-31) ze wszystkim dawała radę, wszystko wyglądało tak porządnie i prosto, jak pisze autor księgi Przysłów? Można by o każdej porze wpaść do niej na herbatkę i zostać powitaną w pachnącym czystością salonie nie tylko ciastem z kremem, ale także dobrym, a może bardzo dobrym, wyważonym, umacniającym słowem najwyższej mądrości? I tym uśmiechem, i spojrzeniem pełnym radości?

Czy ona zawsze była dzielna? Czy nie miewała gorszych dni, wahań nastroju, braku motywacji do prac domowych i ręcznych? Czy nigdy nie zaspała? Czy nie przysnęła kiedyś przy swojej lampie? Czy zjadła czasem chleb lenistwa, zabrudziła purpurową suknię i wcale się tym nie przejęła? Czy miała zawsze dobrą fryzurę i zadbane dłonie, których nie trzeba było chować przy powitaniu? Czy może pokłóciła się kiedyś z mężem tak, że powiedziała mu o dwa słowa za dużo? Czy usłyszała od swoich dzieci, że przesadza w tym czy tamtym i że wcale nie zasługuje na miano „mamy roku”? Czy dzielna niewiasta była zawsze całkowicie oddana Bogu, zawsze taka piękna w sercu, czy nie miewała cichych dni z Panem? Czy, kiedy inni mówili o niej „jakaś ty dzielna!”, nie mówiła pod nosem „ech, nieprawda…”?

A jeśli tak… To jest mi bliska. Jeszcze bliższa niż myślałam. A może to takie oczywiste i tylko w mojej głowie dzielna splata się prawie nierozłącznie z idealna i perfekcyjna. Może ona wcale taka nie była, może nawet nie chciała być i tylko przypadkiem wygrała w konkursie na dzielną niewiastę. Może odziewała się nie tylko w siłę, godność czy bisior, ale także w słabości i dumnie o nich mówiła? Odziana w nie-dzielność?

Mogłabym z tych pytań zrobić długą litanię zgodną z moimi codziennymi doświadczeniami. Ale chyba najbardziej frapuje mnie pytanie o jej perfekcjonizm. O jej zgodę na swoje nie-bycie-dzielną. Czy pozwalała sobie na błędy, na dziury, na niedocięcia, na marnotrawstwo? Czy dawała sobie prawo nie być idealną i wiecznie uśmiechniętą? Miała w sobie wolność i prawo do nieporządku w szafie i nieprzygotowania na śnieg? Czy pozwalała sobie na mało zręczne wypowiedzi i brak kompetencji? Czy pozwalała sobie być nie tylko dzielną, ale też być omylną, być nie-ukończoną jeszcze? Czy pamiętała, że dzielna niewiasta to nie było jej prawdziwe imię?

I czy potrafiła taką siebie kochać? I czy taką siebie pozwoliła pokochać innym? 

I czy wiedziała, że dzielna znaczy dzielna? Nie mniej, nie więcej.

***

Dzielna niewiasta jest jedną z bohaterek programu formacyjnego uBOGAcONA między niewiastami Starego Testamentu

Czytaj dalej...

Obok Najdzielniejszych

Macie już pomysł na to, jak spędzić Uroczystość Wszystkich Świętych?  Zgaduję: Msza święta, nawiedzenie grobów bliskich zmarłych, niedzielny obiad, pewnie i spacer, jeśli pogoda pozwoli cieszyć się urokami jesieni. A może... do tego jakieś kobiece spotkanie, co? Taki kobiecy bal świętych i błogosławionych, ale bardziej kameralnie, intymnie. Spotkanie przy kawie, herbacie, przy ciasteczku? (do indywidualnego wyboru według upodobań i możliwości) Spotkanie dla wsłuchania się w piękne historie, w serca kobiet, które mogą nas inspirować i prowadzić, mogą nas zrozumieć i wysłuchać. Mogą nam opowiedzieć niejedną histrorię ku pokrzepieniu i ku nabraniu wiatru w skrzydła. Takie spotkanie, które ma prowadzić w dobrym kierunku. 

Ale do rzeczy. Dwa zaproszenia, dwie propozycje, dwa wyzwania. 

Po pierwsze, udostępniam w odświeżonej wersji Litanię do świętych i błogosławionych niewiast. Jej pierwowzór możecie znaleźć w Kalendarzu Kobiety 2015: Niewiastę dzielną któż znajdzie. Ta tutejsza wersja jest opracowana graficznie, przygotowana wprost do wydruku i... modlitwy? medytacji? poszukiwań? Jest też uaktualniona! Bo np. Maria Zelia Martin nie jest już błogosławioną, ale świętą! (Razem ze swoim mężem! :-) Zapraszam, zachęcam do wygodnego ułożenia się w fotelu i modlitwy w gronie tak zacnym. Może życiorys którejś z nich będzie dla Was odkryciem? Może któreś wezwanie będzie Wam szczególnie bliskie? Może odnajdziecie patronkę na kolejny rok?

Po drugie, udostępniam także małe inspiracje Dzielnymi Kobietami Starego Testamentu. Może znajdziecie czas, by ich historie prześledzić tak, jak zostały zapisane w Piśmie Świętym? Może odkryjecie coś nowego o nich - dla siebie, dla nas? (Jeśli tak, zapraszam i zachęcam gorąco do dzielenia się tymi odkryciami!)

Oba pliki do pobrania poniżej...

PS Aktualizacja 2016! Co za cudowna chwila, kiedy rok po publikacji okazuje się, że litania jest lekko nieaktualna. Bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej i Bł. Matka Teresa są już przecież ogłoszone świętymi :-)  

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS