«Talitha kum», to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!" (Mk 5, 41)

Kobieta o uformowanym sercu

***

Elżbieta wie już dużo o życiu. Niejedno widziała, niejedno słyszała. Może inne kobiety myślą o niej: wymarzona przyjaciółka, wymarzona matka. Taka, która na każde pytanie zna odpowiedź – odnajdzie w pamięci jakąś historię, a do tego jeszcze nigdy nie zapomni wspomnieć o Bogu. Ma przecież swoje lata i duże doświadczenie. Choć już tyle z siebie dała, ma nadal siłę, by służyć ludziom i Bogu. Nie chlubi się swoją pracą, nie zwierza się ze swoich trosk. Sprawiedliwa, wierna Panu, wzorowa żona i prawie spełniona kobieta. Nie odeszła od Boga, choć pewnie niełatwo jest zrozumieć Jego drogi. Po tylu latach pewnie zdążyła choć po części zaakceptować swoją bezdzietność. Być może pogodziła się sama ze sobą. Przecież wie, że nie jest pozbawiona łaski, nie jest ułomna. Chociaż spojrzenia innych ludzi nie zawsze ją w tym utwierdzają, to jednak słucha Jego głosu. Ona wie, że otrzymała wiele, Bóg szepce jej to do ucha codziennie, widzi to w oczach męża, ale uczucie niespełnienia i straty nie wygasło zupełnie. Emocje przecież najtrudniej opanować i zmieniać. Może daje sobie do tego prawo. Przez lata musiała mierzyć się ze swoim smutkiem i żalem, patrząc na rosnące, okrągłe brzuszki innych kobiet, a później na ich maleńkie dzieci. Pan miał widocznie inną drogę dla niej. Złożyła w ofierze swój ból, choć przez długi czas wciąż miała nadzieję. Co miesiąc czuła szybsze bicie własnego serca, które później zwalniało. I gdy zaczyna o tej nadziei zapominać, przychodzi ten dzień, kiedy zaczyna doświadczać stanu błogosławionego! Ale to nie koniec radości Elżbiety. Tylko czy ona mogłaby choćby przepuszczać, że doświadczy jeszcze większego cudu? Że przez trzy miesiące będzie przebywać blisko Pana? Że będzie pierwszą, która będzie mogła Go adorować w ciszy swojego domu, pod sercem swojej krewnej Maryi? Elżbieta patrzy na świat inaczej, głębiej. Widzi, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Niepłodna może urodzić syna, a młoda, dobrze znana jej kuzynka, może zostać Matką Boga. Elżbieta naprawdę wie dużo o życiu i o Bogu, ale On nigdy nie przestaje jej zadziwiać.

Jakie cuda w moim życiu Pan uczynił?

***

 

Czytaj dalej...

Musimy być mocne i jasne

Mam dla ciebie prezent, Żono. Dostałam dziś książkę, tak bez okazji (choć okazja zawsze jakaś jest, tylko trzeba umieć ją nazwać). O nie, trzeba będzie przeczytać... - uśmiech mieszał się ze strachem w chwili jej przejęcia. Ta książka wygrywa chyba w konkurencji najgrubszych, jakie trafiły na naszą półkę. Tzn. ta jeszcze na półkę nie trafiła, teraz ma być gdzieś obok, pod ręką, w zasięgu wzroku, by w stosownym momencie dnia móc do niej sięgnąć. Chyba przez najbliższy rok przynajmniej. Ale jak nie czytać, gdy na pierwszej stronie witają mnie wypisane jego dłonią, starannym pismem, o którym zdawało mi się, że już zapomniał, słowa: „Kochana Żono! Byś zawsze była Mocna i Jasna dla siebie, dla mnie i naszych dzieci i dla innych kobiet.”

Książka Barbary Wachowicz o bohaterkach Warszawy z czasów Powstania Warszawskiego nosi podtytuł „My musimy być mocne i jasne” (fragment wiersza Krystyny Krahelskiej). To nie tylko one miały być mocne i jasne, to jest uniwersalne zadanie każdej z nas. Może dziś szczególnie aktualne. Ostatnio wiele tematów wydawało mi się zbyt błahymi, by o nich pisać. To, że czas jeszcze bardziej skurczył się odkąd Irek zaczął sprawnie samodzielnie wstawać i balansować między stołem a kanapą z różnymi efektami specjalnymi przy okazji, to już inna historia, choć równie istotny argument w tej sprawie. Z jednej więc strony przyziemne matczyne bolączki, z drugiej - wielkie, egzystencjalne, życiowe czy światowe pytania. Wiem, że większość z nas tak ma. W tej prozie codzienności pojawia się migawka przeczucia, że jednak nie jesteśmy pępkiem świata i nie wszędzie jest tak dobrze (nawet kiedy bardziej chciałoby się powiedzieć: tak źle) jak u nas.  

Budzi się to pytanie: dokąd ten cały świat zmierza? Dlaczego w bestialski sposób chrześcijanie giną na Bliskim Wschodzie ze względu na swoją wiarę? I to w czasach, kiedy największymi wartościami miały być wolność i tolerancja. Dlaczego nikt nie interweniuje? Jak można bezkarnie i z tak niezachwianą pewnością swoich racji zabijać bezbronne dzieci i dorosłych? A Ukraina, Rosja? Czy naprawdę czujemy się bezpiecznie? Czy 75 lat temu, kiedy rozpoczynała się II wojna światowa, ludzie dziwili się mniej? Rozumieli więcej? Byli lepiej przygotowani?

Nie wiem. Ale my musimy być mocne i jasne. Pełne nadziei, pełne wiary, nie poddające się zwątpieniu i zniechęceniu, obecne dziś. Każdy dzień jest po coś. Każdy dzień, choćby wypełniony najmniejszymi gestami, najprostszymi słowami i obecnością kilku najbliższych osób, jest bezcennym darem. Od nas dla innych. I od Niego dla nas. Byśmy stawały się jeszcze piękniejsze. By mieć jeszcze jedną szansę coś zmienić, zostawić trochę dobra, posiać je, pielęgnować.

Musimy być gotowe, by stanąć w obronie naszych wartości, wiary, w obronie życia innego człowieka i własnej godności. Nie musimy tu i teraz oddawać życia, nie ryzykujemy aż tak dużo, idąc do kościoła, zabierając głos w dyskusji i będąc w opozycji do mainstreamu, choć czasem i to wydaje się to ponad nasze siły. Ale przecież tu, gdzie jesteśmy, w naszym kraju, gdzie podobno prawie 90% mieszkańców jest ochrzczonych i wciąż w kolejkach ludzie czekają na sakramenty, jest co robić, jest gdzie głosić, jest gdzie świadczyć, jest kogo kochać. Tak, często zdarzy się, że nas wyśmieją, nie zrozumieją, zaszufladkują, skreślą z listy znajomych. Jak nigdy uderzają mnie słowa proroka z ostatniej niedzieli (Jr 20, 7-9). Jeremiasz głosił słowa niewygodne dla słuchaczy, trudne do przyjęcia, nie chcieli go słuchać, wyśmiewali go. Ale nie mógł mówić inaczej. Czasem przecież zdarzy się, że ktoś usłyszy, będzie bliżej Miłości. I my będziemy bliżej.

My musimy być mocne i jasne. Naprawdę mocne i naprawdę jasne.

Wtedy świat będzie trochę lepszy.

Myślę o królowej Esterze. Może wystarczyłaby jedna kobieta, jedna mocna i jasna, by powstrzymać tragedię? 

A może wcale nie jedna? 

 

 

Czytaj dalej...

Do wygrania książka o Tamar

Wydawnictwo Aetos wydało w listopadzie 2013 pierwszą część serii Rodowód Łaski autorstwa Francine Rivers. Każda z pięciu książek opowiada historię kobiety, której imię Ewangelista Mateusz zapisał w rodowodzie Jezusa Chrystusa (Tamar, Rachab, Rut, Batszeba i Maria). 

Kim była Tamar? Francine Rivers nazywa ją kobietą nadziei. Ale czy rzeczywiście jest to ta nadzieja, której i my pragniemy? Której możemy się od niej uczyć?
Polecam serdecznie recenzję i kilka refleksji po lekturze tej książki: Rodowód Łaski: Tamar.
 
Zapraszam także do konkursu, w którym do wygrania 2 egzemplarze tej powieści, ufundowane przez wyd. Aetos
Czekam na Wasze odpowiedzi na pytanie: Jaką inną postać opisaną na kartach Pisma Świętego można określić mianem kobiety/mężczyzny nadziei? Dlaczego?
Odpowiedzi wysyłajcie na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. do 30.11.
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS