Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

uBOGAcONA + kochać, czyli służyć

Nie mam wątpliwości, że każda z nas szuka... bogactwa. I nie chodzi wcale o drogą biżuterię, ekskluzywne sukienki czy majątek. Szukamy prawdziwego BOGActwa. Szukamy Jego. Chcemy być uBOGAcONE. Właśnie wtedy czujemy szczęście! To hasło będzie powracać jeszcze wielokrotnie (szczególnie w projekcie na nowy rok!). Ale ono już zostało zaznaczone w Kalendarzu Kobiety 2017 - zwłaszcza na zdjęciach. Przy historiach bohaterek Nowego Testamentu możecie zobaczyć nas - zwykłe kobiety, odnajdujące cząstkę siebie w historiach kobiet Nowego Testamentu. Odnajdujące tam światło, pokrzepienie. Te (nie)dzisiejsze kobiety stają obok nas i stają się nam bliskie. Widzimy jak podobne są ich lęki, pragnienia i upadki - do naszych doświadczeń, uczuć, myśli. Przez to podobieństwo zbliżają nas do Jezusa i do prawdy o tym kim jesteśmy w Jego oczach! A czy Wy już odnalazłyście jakąś część siebie dzięki nim? Czy jesteście krok bliżej do Jezusa? Czy czujecie się uBOGAcONE?

Pozwólcie, że sama też odpowiem na to pytanie. Zacznę od tego, że każda z nich jest mi na swój sposób bliska. Odkrywam je powoli. A kiedy wydaje mi się, że już dobrze je znam, to jeszcze raz pochylając się nad Słowem Bożym, słyszę coś nowego. Na dziś. Tak też jest w tym miesiącu, kiedy moją bohaterka stała się kobieta, która bardzo umiłowała. Przez ostatnie tygodnie (wielkopostne)  historia jej spotkania z Jezusem była dla mnie źródłem umocnienia, ale też wielu pytań: o moją wiarę, relację z Jezusem i miłość. Powracał do mnie jak refren jej flakonik i gest obmycia stóp. A czy ja tak potrafię? Czy kocham miłością, która daje, widzi drugiego, nie wylicza? Czy kocham w ten sposób BOGA, ale też czy kocham tak człowieka, tego najbliższego? Tych moich maluczkich i tych dużych. Odpowiedź wydaje się oczywista, ale nie jest łatwa.

Czy naprawdę kocham? Co za pytanie! Pewnie, że kocham! I to jak! Ale czy ukochani moi to czują, widzą? Czy tego doświadczają? Kochać znaczy służyć. Wiem to od dawna, ale czy żyję tą prawdą? Czy jak ta grzeszna kobieta potrafię umyć im stopy, czy potrafię oddać wszystko? Już o poranku mogłabym się zastanawiać nad niezręcznością własnej odpowiedzi. Poranki bywają trudne (i to już brzmi jak usprawiedliwienie!). Czasem walczę o chwilę snu. Próbuję wypchnąć męża z łózka, by zajął się dziećmi. Ale to nie jest jednostronne, czasem toczy się wyliczanka, kto ostatnio wstał do naszych nadmiernie aktywnych o świcie dzieci ;-) Często jednak nie ma ani chwili na walkę, bo wezwanie jest tak pilne (wiecie o co chodzi!). Wieczory bywają długie, a poranki przychodzą z zaskoczenia. Nie wiadomo o której się rozpoczną. Moje żywe budziki działają zwykle w powtarzającym się rytmie, ale nie zawsze (o? 7.00 i jeszcze bez alarmu?)! A potem lista do zrobienia z nie zawsze współpracującym zespołem (skarpetki, śniadanie, sprzątanie, próba ubrania się, próba dobudzenia się, próba wypicia kawy, próba jakiejś tam kreatywności).  

W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że nie lubię poranków. I to nie jest wina moich dzieci, to nie jest wina słońca, które wstaje. To moje za mało kocham. To miłość, która nie chce wstać i służyć. To ja, która marzę o tym, by ktoś przyniósł mi kawę. (Samo w sobie marzenie nie jest oczywiście złe!) O poranku nie jest mi łatwo dawać najdroższy olejek, jaki mogę ofiarować moim najbliższym. A wiem, że mogę! W Nim mogę wszystko! Wstać ciężko, ale przecież i tak wstaję! Ciężej się uśmiechnąć. Do dzieci atakujących rano swoją czułością (rzadziej, krócej) lub potrzebami (głośniej, częściej). Ale uzmysłowienie sobie tego pozwoliło mi podjąć postanowienie, że chcę inaczej! Zrobię dokładnie to samo, ale z innym sercem, z gotowym flakonikiem wypełnionym miłością i oddaniem. Postanowiłam więc sobie otwierać szeroko oczy na pierwsze zawołanie. Nie kłaść się już na chwilkę po wstaniu. Zadbać bardziej o wieczór - o ogarnięcie ważnych spraw i szybszy sen.  Tak, by rano być przynajmniej w połowie tak aktywną jak oni i wykorzystać tę chwilę, kiedy - całkiem często - choć na jakiś czas (15, czasem 30 minut)  - jest ze mną jeden z maluchów. Być cała z nim - w klockach, książkach, kolorowankach. Takich chwil sam na sama nie ma zbyt wiele. Te są bezcenne, te są nasze. I co odkryłam? Że mogę! Że mój dzień jest piękny już o świcie. 

Ale to nie koniec historii tego miesiąca. (Co więcej to jeszcze nawet nie koniec miesiąca!) Był Wielki Tydzień. W Wielki Czwartek po powrocie z kościoła zastałam w domu cały rodzinny zespół oczekujący na moje przybycie. Nie śpią jeszcze? Przecież prawie 20! Mieli powód - dobrze przygotowaną niespodziankę. Kolację. Ale zanim kolacja, to coś jeszcze. Czekali z bosymi stopami, pełni ekscytacji. Ustawili swoje wysokie dziecięce krzesła.

- Co tata będzie robił? - zapytał Mariusz, sprawdzając, czy Irek pamięta rozmowę, którą odbyli podczas mojej nieobecności.

- Będzie myć nogi.

- Jak kto?

- Jak Jezus.

- A dlaczego?

- Bo nas kocha.

 

A więc Mariusz polał nasze stopy wodą. Ucałował. Symbolicznie. Delikatnie. Z miłością. Chłopaki nie pozostali dłużni, też tak chcieli. A więc wszyscy wszystkim myli stopy aż skończyła się woda w dzbanku. Irek nie zapomniał dopowiedzieć i szczegółu o tym, że w czasach Jezusa stopy przybywających na ucztę musiały być naprawdę brudne. Chodzące po ulicach zwierzęta zostawiały przecież ślady. (Takie zapadające w dziecięce serca szczegóły znajdziecie tu - w najlepszym wydaniu Biblii dla dzieci, jakie mamy: Sally Lloyd-Jones, Z Jezusem przez Biblię, wyd. Aetos) 

Tak więc uczyły mnie dzieci uniżenia. Miłości. Obmywania stóp. Kiedy następnego dnia usiadłam na fotelu z bosymi nogami, moje młodsze dziecko natychmiast pobiegło po dzbanek, chcąc mi umyć stopy. Co za niesamowita sytuacja - moje dziecko przypomina mi - być jak Jezus! 

nie przyszedłem po to, aby Mi służono, lecz aby służyć innym - Mt 20, 28

Tak, jestem uBOGAcONA

***

Wczoraj to był poranek! Chłopaki do niczego nie nawoływali. Usiedli razem przy dużym oknie w naszej sypialni. Przynieśli koce, poduszki, samochody, książki i nie wiem co jeszcze. Bawili się całkiem spokojnie chyba z godzinę. Nasze małżeńskie zadziwienie nie chciało nas opuścić! Czyli oni też tak potrafią! 

Czytaj dalej...

Wieczór prawdę mi powie

Wieczorami piszę swoje największe sprawdziany. Właśnie wczoraj zdałam sobie z tego sprawę. To wieczory mnie demaskują. Nie tylko dlatego, że wtedy znika makijaż, ale też dlatego, że przychodzi zmęczenie. Wywoływane i wypracowywane przez cały dzień, a pojawia się jakby znienacka. O! To już? Zmęczenie powszednie. Takie niespowodowane podróżami dookoła świata, biegiem przez płotki, podnoszeniem ciężarów czy wybitnie długą pracą nad czymś ważnym w stresującej atmosferze (nie licząc inwestowania w dzieci ;-) . Nie, raczej to zmęczenie, które każda z nas (i każdy też!) zna, to zmęczenie, które rozpoczyna zbyt wczesny poranek, a później już wywołują codzienne zabiegi: wycieranie podłogi, zamiatanie okruszków, całe kulinaria: śniadaniowe kanapki, kakao, sprzątanie po śniadaniu, krojenie owoców, sprzątanie po konsumpcji, wymyślanie obiadu itd., czytanie książeczek o koparkach i lekcje dźwiękoznawcze, wymyślanie zabaw i zajęć, które zajmą chłopaków na dłużej niż dwie minuty, składanie prania, wychodzenie na spacer, a więc spacerowa logistyka, pakowanie, interakcje ze spotkanymi osobami, mycie rączek przed jedzeniem i po jedzeniu, usypianie na pierwszą drzemkę, na drugą drzemkę, na noc itd. Takie nic. Nic konkretnego. Takie codzienne wieczorne zmęczenie mamy małych dzieci, na które nie pomagają ani trzy kawy z ekspresu, ani duża dawka magnezu (wiem, pewnie neutralizują się). Podobno to wszystko mieści się w normie. Macierzyństwo to ciągłe, niemal chroniczne zmęczenie. 

Zmęczenie czasem witam z radością. Myślę sobie wtedy: to był dobry dzień. Dałam radę! Dałam z siebie wszystko. Tyle się wydarzyło. Dzieci trochę podrosły. Ach, i te nowe słowa, i dialogi do zapamiętania. I nauki do wyciągnięcia z dzisiejszych zdarzeń, z moich reakcji, z ich potrzeb. Udało się zrobić to i tamto. Poznałam to czy owo. Byliśmy, zrobiliśmy, nacieszyliśmy się sobą, wytyczyliśmy sobie nowe kierunki itd. Teraz czas na wypoczynek. Nie jutro, tylko teraz. Chwila dla siebie, chwila dla nas. Kąpiel, książka, modlitwa, herbata, czy coś w tym stylu. Czasem jednak siłuję się z nim. Zmęczenie? A tyle jeszcze do zrobienia! Cały dzień minął, a tu NIC nie zrobione ;-) W co zmęczone ręce włożyć? W kuchnię, w pisanie, w zaległe lektury, w relacje z przyjaciółmi, w rozmowę z mężem, w układanie kwiatów na stole albo zdjęć w albumie? Zmęczenie bywa bezlitosne i bezduszne, nie w porę. A może raczej ja, a założę się, że nie tylko ja, bywam dla niego bezlitosna. Nie, nawet nie dla niego, tylko dla siebie?

A ono jest taaaaakie dobre. Bardzo dobre! Nie tylko dlatego, że potwierdza moją pracę i to, że żyję. Ono pokazuje mi wyraźnie, czasem dosadnie a nawet boleśnie, jaka jestem. Właśnie w tym zmęczeniu wieczornym - czy potrafię kochać, czy z łagodnością i radością potrafię utulić płaczące dziecko, czy wtedy widzę drugiego człowieka bardziej niż siebie? Czy kocham? Jak kocham? Wtedy właśnie potwierdzam swoimi wyborami, co jest dla mnie ważne, co jest pierwsze. Sama sobie pokazuję, gdzie jest mój skarb - gdzie jest moje serce. Czego szukam w tych kilku chwilach przed snem, w tych ostatnich minutach czy godzinach, kiedy jeszcze tu jestem? A gdyby to był mój ostatni wieczór?... O czym myślę, co przynosi mi ukojenie? Rozmowa z Panem? Modlitwa brewiarzowa z mężem? Lektura dla serca? Bliskość najbliższych? Rozmowa z kimś, kogo kocham? Co mnie napełnia radością i pokojem? O co walczę ostatkiem sił? 

Różnych rzeczy się dowiaduję o sobie wieczorami.

Życzę i Wam pięknego wieczornego zmęczenia!

Czytaj dalej...

Matka Teresa

Uśmiechnięta zakonnica w skromnym białym sari z charakterystycznymi niebieskimi paskami. Matka Teresa z Kalkuty. Błogosławiona Teresa. Jej imię stało się niemal potocznym określeniem osoby kochającej, współczującej i pomagającej tym, o których już prawie nikt nie pamięta.

Przywołałam ją w pamięci, czytając fragment  Listu św. Jakuba z Liturgii Słowa ostatniej niedzieli. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata. (Jk 1, 18) Religijność czysta wyraża się w trwaniu przy utrapionych. W tym, co trudne i bolesne, w tym, do czego często nawet nie wiemy jak się zbliżyć. Jak nieść czyjeś cierpienia, jak podejść do nich taktownie, ale pomocnie, z mocą i wiarą? Ona umiała. Powiedziałaby, że nie sama z siebie, bo potrzebowała Jego pomocy. Mówiła, że gdyby nie widziała w trędowatych i bezdomnych samego Jezusa, nie umiałaby zbliżyć się do nich z tak wielką miłością i czułością. I tak, to było zupełnie wbrew wpływom tego świata.

Matkę Teresę dzięki mediom poznał chyba cały świat. Poznał, ale i nie poznał do końca. Poznał, na ile sama na to pozwoliła, a że sobą nie chciała zasłaniać Boga, nie znaliśmy jej tak dogłębnie. Dopiero po jej śmierci okazało się, że ta skromna, delikatna, ale pełna charyzmy kobieta przechodziła przez lata swoje ciemne noce wiary. Ale nigdy, przenigdy nie zostawiła dzieła, do którego powołał ją Pan. Jak musiało być to ciężkie? Tak intensywnie działać, a we wnętrzu nie przeżywać błogiej radości Bożej obecności; być znakiem i świadectwem, pocieszeniem w strapieniach dla innych, ale samej nie doznawać takiego pocieszenia. 

Niezwykłe jest dla mnie określenie Teresy jako Matki. Była założycielką nowego zgromadzenia, była dla nich „Matką”, ale w rzeczywistości to określenie pokazuje coś znacznie większego i głębszego. Wbrew myśleniu współczesnego świata głośno opowiadała się przeciwko aborcji i antykoncepcji. Nie widziała w nich cudownego lekarstwo na bolączki ludzi najbiedniejszych. Widziała w nich także ubóstwo najbogatszych. Mówiła o świętości każdego życia. Chorego, dopiero poczętego czy tego już życia prawie u schyłku. Uwielbiam zdjęcia, na których Matka Teresa przytula do siebie dzieci. Prawdziwa Matka. (Na tych zdjęciach, które najczęściej widujemy to raczej Babcia, ale jak Matka;-) Najdobitniejszy przykład, że wcale nie trzeba być matką biologicznie, by dogłębnie rozumieć wartość życia. By kochać po matczynemu i walczyć jak to kobieta potrafi. Dzielna niewiasta!

Jeśli zgodzimy się, iż matka może zabić nawet własne dziecko, jak możemy mówić innym ludziom, aby nie zabijali jedni drugich? (Matka Teresa)

***

Krótko o Matce Teresie biograficznie (bo czy naprawdę tak wiele o niej wiemy?)

Agnes Bojaxhiu urodziła się w 1910 roku w Skopje (dzisiejsza stolica Macedonia). Mając 18 lat wstąpiła do zgromadzenia sióstr loretanek, by posługiwać jako misjonarka w Indiach. Kiedy nauczyła się języka angielskiego, wyjechała do Kalkuty, by uczyć tam geografii i historii w przyklasztornej szkole loretanek. Później została także dyrektorką tej placówki. W 1946 roku usłyszała jednak wewnętrzne przynaglenie, aby porzucić tę posadę i całkowicie oddać się najuboższym nędzarzom na ulicach Kalkuty. Zgodę na opuszczenie klasztoru otrzymała w 1948 r. Pracowała na ulicy z ludźmi najbiedniejszymi, umierającymi, bezdomnymi. Po kilku miesiącach dołączyły do niej pierwsze siostry. W 1950 r. oficjalnie zostało zatwierdzone nowe Zgromadzenie Misjonarek Miłości. Otworzyła hospicjum dla umierających najuboższych, dom dla porzuconych dzieci, osadę dla trędowatych, w której mogli żyć. Obok tej nędzy tak dobrze jej znanej z ulic Kalkuty, Matka Teresa widziała też ubóstwo krajów rozwiniętych – ubóstwo duchowe. Brała udział w życiu publicznym. Otrzymała także w 1979 r. Pokojową Nagrodę Nobla.

Wspomnienie Liturgiczne: 5 września

Bł. Matko Tereso, która zostawiłaś wszystko, by służyć najbiedniejszym, módl się za nami, byśmy potrafiły każdego spotkanego człowieka uczynić choć trochę szczęśliwszym. 

 

* *

A ja zapraszam Was... do podjęcia Wyz(w/n)ań Miłości z Matką Teresą!

 

Czytaj dalej...

Słowa pokrzepienia dla każdej Mamy

Na rozstrzygnięcie konkursu z książką dla zdesperowanych mam przypadł wyjątkowy dzień. Po pierwsze, wspomnienie św. Moniki - matki św. Augustyna, która przez długie lata modliła się o nawrócenie syna (a także męża). I to z sukcesami! A po drugie, dla mnie to dzień tylko z dziećmi. Dzień naszej (nie)samotności. Pierwszy z kilku kolejnych, które nas czekają, więc jak nigdy czytanie słów pisanych przez inne mamy dało mi wiele radości i otuchy. Dziękuję!

Wszystkie wypowiedzi możecie przeczytać w komentarzach pod tekstem: Zdesperowana. Nadzieja dla mamy, która potrzebuje oddechu... A ja pomyślałam, że te słowa, które najbardziej mi dziś przypadły do serca, umieszczę w osobnym wpisie, właśnie tutaj. Dla Was, kochane Mamy. I dla Was moje drogie, które spotykacie zdesperowane Mamy czekające na dobre słowo. A także, zupełnie szczerze, umieszczam je i dla samej siebie.
 
Jest to również rozwiązanie konkursu... Do którego oprócz 3 książek dodałam jeszcze dwie torby Dzielnej Niewiasty! Dlatego nagrodzonych wypowiedzi będzie aż (i tylko) pięć.
 
Książki powędrują do: Ani, Hani i Izy, które nadesłały te zdania.
 
#1 Dzieci są nam dane po to, aby oszlifować kanty naszego charakteru.
 
Ciągle słyszę napomnienie: dzieci nie są twoje, nie są dla ciebie, ale przecież w tej perspektywie - tak, są. Dokładnie te dzieci. Szlifują moje kanty i moje niedoskonałości. A najpierw - czasem bardzo brutalnie pokazują mi moje największe słabości. Ale to ostatecznie ja muszę szlifować. Jeśli nie mam tej świadomości, mogę przegapić ten czas, te szanse, które zdarzają się każdego dnia. A więc kochane Mamy, szlifujmy!
 
 #2 Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali (słowa z 2 Listu do Koryntian).
 
Pamiętam o tym, ale w akcie desperacji chcę przecież sama wszystko nieść. To po pierwsze. A po drugie, w desperacji łatwo przestać słuchać. A z kim jak nie po pierwsze z Nim te chwile i te sprawy warto omawiać. Ale wtedy musi ucichnąć gwar i krzyk. Niekoniecznie ten dziecięcy, zawnętrzny. Przede wszystkim ten wewnątrz nas.
 
#3 Każda rzecz ma swój czas, na każdą sprawę pod niebem jest wyznaczona godzina. (Z księgi Koheleta).
 
Przypominanie sobie o tym czasie i o stosowności chwili w macierzyństwie - to jest bezcenne, a jakże bywa trudne i łatwe do zapomnienia. Ile rzeczy mogłybyśmy teraz zrobić, gdyby nie dzieci! Popadamy w takie pułapki i gubimy najcenniejsze momenty, najdrobniejsze radości, które nigdy nie wrócą. Nigdy takie same. Wydaje się, że dziecko będzie już zawsze bez końca budzić się w nocy, płakać z powodu bolącego brzuszka, wymagać wnoszenia po schodach, zabierać zabawki w piaskownicy czy mówić tylko nie. Ale to wszystko mija. 
 
Torby otrzymają: Asia i Kasia.
 
#4 Dzieci to inwestycja w miłość!

Niektórzy wierzą, że doczekają emerytury i że ZUS im wtedy ją wypłaci, inni liczą na dzieci;-) Ale nie, nie o takiej inwestycji przecież mowa. To o wiele większa i ważniejsza sprawa. To mnożenie miłości, to dzielenie się nią, to skupienie uwagi na tym, co nie przemija i co jest największe. Dzięki za to przypomnienie, kiedy świat mówi o inwestowaniu w złoto, a akcje, w siebie, w swoje wykształcenie i w to wszystko, co tylko dla nas korzystne. Dzieci są przecież naszym wielkim darem dla świata. 
 
#5 Mamuś, jesteś naprawdę piękna. Kocham Cię najbardziej na świecie.

No właśnie... Czasem to samo dziecko, a nie Bóg, mąż czy przyjaciółka wypowiada słowa pokrzepienia. Najpierw to jest uśmiech, wyciągnięte rączki do góry. Później całuski i przytulenia (niestety czasem bardziej wyuczone czy przymuszone ;-) W końcu po jakimś dłuższym czasie i słowa. Te uskrzydlające, ale i trudne. Bo mamo, nie lubię cię, to chyba klasyka gatunku. Mnie się marzą oświadczyny moich kawalerów (w stosunku do mnie, rzecz jasna), choć muszę się bardzo postarać jeszcze, by chcieli mieć taką żonę;-) A oni przecież wszystko już bacznie obserwują! ;-)
 
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS