Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie (Łk 10, 39)

7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem

7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem? Na pewno 7? Pewnie może być ich więcej, można je też streścić w jednym. I czy na pewno są to pytania tylko przed ślubem? Może są i takie. Ale wiele z tych pytań będzie powracać i prosić o nowe przemyślenie i o nową odpowiedź. O nowe, codzienne małżeńskie TAK. W miłości niewiele jest pytań zamkniętych (choć i takie mogą być).

Książka Les i Leslie Parrott(-ów) Polubić czy poślubć? 7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem – to niezwykle dobra lektura. Już sama okładka zapowiada, że będzie ciekawie! Już sama okładka zdradza trochę to, co jest w środku i to, co chcą przekazać autorzy. Małżeństwo to wielka przygoda! Co więcej, to świetna lektura nie tylko przed ślubem. Mogę się założyć, że wielu małżonków nawet bardziej doceni mądrość amerykańskiej pary doradców niż niejedni narzeczeni. Pytania i tematy, które rozważają autorzy, dotyczą bowiem nie tylko czasu przed podjęciem życiowej decyzji, to tematy, których nie da się raz na zawsze przerobić, by następnie z ulgą odłożyć na półkę do pudełka zrobione. Ich rozważanie może być owocne i inspirujące, a nawet uzdrawiające dla wielu małżonków, jeśli tylko zechcą podjąć się pracy nad swoją miłością. Jeśli tylko poczują potrzebę odnowienia czegoś w swojej relacji, przemyślenia swojej drogi, obrania dalszego kierunku, zrewidowania swojego tu i teraz. A że wiele par tak właśnie poczuje… tego jestem pewna. To wiem. Bo tak intymna relacja to sztuka ciągłego dojrzewania, to ciągłe pragnienie pełni.

„Spełniona miłość to kwestia bliskości, dzielenia się, komunikacji, szczerości i wsparcia. Małżeństwo, niczym serce ofiarowane za serce, stanowi najgłębszy i najbardziej radykalny wyraz intymnej relacji między dwojgiem ludzi.” (L. i L. Parrottowie)

Kwestie podejmowane przez autorów nie wydają się jakoś szczególnie nowe, to raczej klasyka mówienia o miłości, ale przyjęta przez autorów perspektywa, odwołania i podejście do tematu może być odkrywcze, zaskakujące i bardzo pomocne. Przywołane przez nich historie i anegdotki zostają w pamięci. Do mnie mocno przemawia ich styl pisania, ich szczerość w mówieniu o swoich doświadczeniach – dzielenie się sprawdzonymi radami, ale też pokazywanie, że z trudnościami zmagają się wszyscy małżonkowie, także oni sami. A co więcej, podchodzą do tego z profesjonalną diagnozą, ale też ogromną dozą humoru i dystansu do samych siebie. 

Parrotowie piszą o mitach na temat małżeństwa, o stylu miłości, pracy nad komunikacją i mądrych kłótniach, akceptacji różnic płciowych oraz o wadze sfery duchowej w małżeństwie. Pokazują, jak ważna jest praca, jak wiele może nam rozjaśnić psychologia i badania socjologiczne, ale... Ale tak naprawdę to małżeństwo, które pielęgnuje duchowość i szuka wsparcia u Tego na Górze, jest niezniszczalne, jest silne Inną, Najwyższą Siłą.

„W ostatnim czasie badania naukowe potwierdziły myśl, którą zdrowy rozsądek podsuwał nam od lat: to poprzez zwrócenie się ku duchowemu wymiarowi małżeństwa partnerzy łączą się ze sobą nierozerwalnymi więziami. Małżeństwo kwitnie, gdy pielęgnujemy duszę.” (L. i L. Parrottowie)

Parrottowie odwołują się do kilku koncepcji, zbierają swoje własne przemyślenia na temat miłości, budowania komunikacji i rozwiązywania konfliktów – jest konkretnie, klarownie i motywująco. Choć odwołują się do badań i teorii, to nie jest książka przesiąknięta akademicką wiedzą i górnolotną mądrością, która nie miałaby przełożenia na życie.

Chce się żyć tak, jak oni piszą. Chce się kochać lepiej. Nie ma lepszej recenzji dla książki, która ma inspirować do budowania miłości, niż powiedzieć: gdy się ją czyta, chce się uczyć lepiej kochać, chce się te ich piękne, czasem żartobliwe, czasem nazbyt poważne słowa zamieniać w czyn. W moje życie, w nasze życie.

„Jedną z największych iluzji naszych czasów jest pogląd, że miłość przetrwa bez naszej pomocy. Nie przetrwa.” (L. i L. Parrottowie)

Les i Leslie Parrottowie, Polubić czy poślubić? 7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem, wyd. Aetos 2014.

***

Książka dostępna w księgarni KiM: Polubić czy poślubić?

 ***

Jakie pytanie warto zadać sobie przed ślubem? Mam jeden egzemplarz tej książki, który chętnie przekażę dalej... :-) Na komentarze czekam do 26.11.

* * *

Ilość komentarzy i Waszych pomysłów mnie zmiażdżyła :-) Tak pozytywnie, oczywiście. Z powodu tej ilości postanowiłam wylosować zwycięzcę. Jest to Kaśka. Ale dziękuję Wam wszystkim za bardzo cenne głosy. 

Jeśli jeszcze ktoś bardzo chce zawalczyć, to zachęcam do zajrzenia tutaj - do 29.11 trwa drugi konkurs z tą samą nagrodą (w nieco większej ilości:-)

Czytaj dalej...

Pięcioletnia żona

Do naszego ślubnego albumu Ula (fotografka) dołączyła dużą kopertę ze zdjęciami, które już się w nim nie zmieściły. Do żadnego albumu, jaki miałam, też nie pasowały. Kiedyś tam coś dla nich znajdę – pomyślałam. Przeczekały 5 lat. Dziś własnoręcznie tworzę dla nich wyjątkowe miejsce i przy tej okazji oglądam je jeszcze raz.

Jakby to było wczoraj i jakby to było wieki temu. Z jednego ujęcia śmieję się najdłużej, pokazuję Mariuszowi. Ale tu śmiesznie wyglądasz! – delikatnie podsuwam mu pod nos, próbując nie urazić go, dlatego też dla pocieszenia dodaję: Ja zresztą też. - Ale ze mnie dzieciak – rzuca krótki komentarz niezainteresowany drążeniem tematu. Ale we mnie, im bliżej naszej rocznicy, temat powraca, stoi pod drzwiami moich myśli i co kilka chwil próbuje wprosić się na kawę, na wypominki, na tort, który jeszcze nieupieczony, nieozdobiony, ale z przeliczoną już liczbą świeczek. Będzie ich pięć. Jestem w samym środku tej małżeńskiej przygody i nie potrafię spojrzeć na nią z boku. Myśli z tej okazji miały być uporządkowane, wzniosłe i ważne, ale jeszcze nie było na to czasu, zupełnie jak z albumem, i może już nie będzie lepszego momentu. Bo 25-ego mamy podobno jakąś kolację niespodziankę i nasze, tylko nasze bycie razem.

A ja w niespodziance, którą trudno ukryć w czasie wakacji w naszym małym mieszkaniu i w jej specyfice, która wymaga czasu i miejsca do pracy, oglądam fotografie i przyklejam je w albumie, ozdabiając swoim poczuciem estetyki (i tym, co mam pod ręką). To fakt, oboje tam wyglądamy młodo. Nie tylko wyglądamy. Jesteśmy tam młodzi, jeszcze bez tych wszystkich nawyków starych dobrych małżeństw, jeszcze zakochani tą miłością, której wysiłek nie boli aż tak bardzo, która nawet po cichu wierzy, że zastąpimy sobie naszych aniołów stróżów, że nigdy przenigdy nie spakujemy walizki dla jednego z nas i że nigdy nie poranimy się zbyt mocno, i nie będzie ciężko wyciągać ręki na zgodę, bo może nawet wcale nie będzie trzeba jej wyciągać. Byliśmy młodzi tą miłością, która dopiero dojrzewała i która nadal musi wspinać się na paluszki, żeby stanąć na wysokości zadania albo by po prostu widzieć więcej niż tylko czubek własnego nosa. Pięcioletnia żona to przecież dopiero przedszkolaczek..., a może już zerówkowicz? 

Po pięciu latach bycia razem myślę o tym, jak wiele przeszliśmy we dwoje. Naprawdę wiele – naszych osobistych rozterek, kilka przeprowadzek, zmian adresów, znajomości, pomysłów na życie, cudzych wesel i narodzin dzieci, wypraw i zakrętów, przystanków, przejechanych kilometrów, przedreptanych ścieżek, zjedzonych lodów, pytań bez odpowiedzi. Choć ten czas małżeński wydaje mi się zaledwie kilkakrotnym mrugnięciem powieki, to gdybyśmy tylko mieli kominek i gdyby przyszyły długie zimowe wieczory, mielibyśmy co wspominać, śmiejąc się i płacząc naprzemiennie (to znaczy naprzemiennie pewnie ja). Każdy rok był inny, niósł inne wyzwania, troski i marzenia. Każdy rok teraz potrafię opisać kolorami, emocjami, i zapachami. Choć każdy miał aż 365/6 dni, potrafiłabym narysować go na jednej kartce. Ten ostatni miałby kolor mięty i kształt serca, a właściwie trzech serc.

W dniu ślubu obraliśmy sobie nasze małżeńskie motto: aby byli jedno (J 17, 21). Jak jedno serce, jedno ciało, jeden duch i jedna drużyna. To nie zawsze było łatwe, bo im bliżej i dłużej się sobie przypatrywaliśmy, tym bardziej odkrywaliśmy, że jesteśmy inni. I to bardzo. Nawet gdy nam to mówili wcześniej, nie dowierzaliśmy aż tak mocno. Okazało się, że jednak lubimy inne filmy, inne modlitwy i mamy odmienne potrzeby organizacji przestrzeni. Że lubimy postawić na swoim - każde z nas. Być jedno, kiedy jest nas dwoje, to przecież prawie niewykonalne. Być jedno, kiedy jest ich troje - to tylko Bóg potrafi w swojej doskonałości. Dlatego to nie były tylko cukierkowe chwile, choć teraz za te najtrudniejsze najbardziej dziękuję Temu, który nas prowadził. Bo to one uczyły mnie czym jest Miłość i jak jest cenna, to one próbowały złoto naszej miłości, to one pokazywały mi, co muszę zmieniać w sobie. A przecież najchętniej i najczęściej to chciałabym zmieniać nie siebie, a jego… (znacie to?)

Uczę się więc od pięciu lat, jak być żoną i jak być u jego boku, to znaczy znać swoje miejsce i rolę, swoją siłę i słabość, to, co mogę dać i to, czego potrzebuję. Jak po pierwsze walczyć z belką w moim oku, nie z jego drzazgami. Jak po pierwsze kochać go w całości, a nie prosić, by mnie kochał. Jak go motywować i wspierać, jak go rozumieć. Jak co dzień zaczynać na nowo. Jak nie przygniatać go burzą moich hormonów, jak nie wylewać na niego wiadra moich zawiłych i skłębionych myśli, jak nie wymuszać rozmowy, jak nie gasić jego pomysłów (uczę się je racjonalizować), jak nie budzić go, psując mu piękno poranka i jak pomagać mu usnąć po trudach codzienności. On jest dla mnie darem, ja dla niego, ale ciągle uczymy się sobie ofiarowywać. Każdego dnia odkrywamy, że znamy się prawie na pamięć, ale to prawie jest kluczowe. To poznanie ciągle nam się wymyka i bardzo łatwo przychodzi zmienić prawie na mniej pewne sformułowania. 

Niedawno spotkałam pewną starszą panią, która na parafialnym festynie kupiła ciastko i kawę, i usiadła przy moim stoliczku. Miała długi staż małżeński i piękną pogodną twarz. Nie skarżyła się, choć została sama, bez męża i dzieci. Chodziła o kulach. Trzeba umieć ustępować, trzeba dbać o siebie nawzajem – powiedziała. – Na pewno stworzycie piękne małżeństwa. Urzekły mnie jej spokój i prostota recepty. Przecież ma rację. Miłość w swojej istocie nie jest skomplikowana, jest bardzo prosta. Napisaliśmy na naszych ślubnych obrączkach słowa św. Augustyna: Pondus meum Amor meus, czyli Moją siłą ciążenia jest miłość moja. Dalej Augustyn pisze: dokądkolwiek zmierzam, miłość mnie prowadzi. A przecież nie tak łatwo przychodzi dać się prowadzić i ufać, kiedy nie jest już lekko i słodko. A jednak właśnie wtedy nie można zrobić nic innego jak tylko dać się prowadzić, bo szarpanie się i wyrywanie pozostawia tylko poranione dłonie.

Przeglądam nasze ślubne zdjęcia i znów utwierdzam się w przekonaniu, że zmieniłabym całkowicie swoją tamtejszą, jak to się dziś modnie mówi, stylizację. Inaczej upięłabym włosy (i welon!), zadbałabym o inne kwiaty, inny makijaż i wiele innych drobiazgów - paznokcie, biżuterię. Nawet obrączki chyba wybrałabym inne. Tylko buty może zostałyby dokładnie tamte, bo sprawdziły się na moich nieprzyzwyczajonych do obcasów stopach. Moda ślubna bardzo się zmienia, gust też. Ale na pewno nie zmieniłabym tego, który stoi tam koło mnie, taki młody, taki piękny, taki zapatrzony, taki pewny tej drogi, taki mój. 

Czytaj dalej...

Gdzie są moje plany? Konferencja dla pań

Zapraszamy wszystkie Panie na konferencję w ramach cyklu „SMM" - Soli Deo, podczas której spojrzymy na problem podejmowania decyzji w związkach.

Spróbujemy odpowiedzieć na następujące pytania:
• Czy wybierać druga połówkę sercem czy rozumem?
• Co powinno być dla nas najważniejsze przy wyborze mężczyzny swojego życia?
• Kiedy decydować się na narzeczeństwo, małżeństwo?
• Na co można pozwolić sobie i czemu przyglądać się w relacji w okresie „chodzenia ze sobą” a na co w okresie narzeczeństwa?

Konferencja w ramach spotkań Sympatia, Miłość, Małżeństwo organizowanego przez ASK Soli Deo.

Czytaj dalej...

Do twarzy jej w bieli

Na białym obrusie każda, nawet najmniejsza plamka staje się problematyczna, bije po oczach, patrzy na mnie jak wyrzut sumienia: to jak o mnie zadbałaś? Myślisz o sobie – tylko kawa i kawa, nie mogłaś napić się zwyczajnej wody? Nie mogłam, nie pomyślałam. Biel wydaje się oczywista i zdolna samą siebie obronić. Miewałam takie plamy na ubraniach, których nawet porady perfekcyjnej pani domu nie przegoniły. Jak tylko mogę, przekonuję męża, że białe koszule nie zawsze są obowiązkowe, że może założyć zupełnie inne, takie w paski czy w kratkę, przyjmując argumentację: bo są ciekawsze. Białe można prać przecież tylko z białym, a to zazwyczaj oznacza kilka tygodni oczekiwania na zebranie odpowiedniej ilości takich rzeczy. Biel jest piękna i odświętna, ale niepraktyczna i trudna w utrzymaniu. Coś za coś.

On w białym garniturze – to się zdarza, ale przecież rzadko (ja kojarzę taki obraz z filmów), ona nie w białej (bądź w pewnej wariacji bieli typu ecri) sukni – to także nieczęsty widok. Taka jest tradycja – mówią niektórzy. I to tradycja tak trwała, że niemal zupełnie wymknęła się swojej wymowie. Nie dziwi dziś nikogo panna młoda w takiej kreacji, która od x lat żyje ze swoim chłopakiem „jak małżeństwo”. Wszyscy tak robią. Wszyscy tak mieszkają, wszyscy takie suknie zakładają. Oczywiście nie wszyscy, to po pierwsze (ale w tę stronę zazwyczaj lepiej się uogólnia) i po drugie, wcale nie wiadomo, czy (a przede wszystkim kiedy) ta niestosowność jest pozorna. 

Nam kobietom do twarzy jest w bieli. Mężczyznom wystarcza biała koszula. Mawiamy o kobiecie: piękna, czysta i niewinna jak lilia, nie zachwycamy się przecież nad czystością i niewinnością mężczyzny (trochę szkoda, bo ich czystość jest równie godna podziwu, przypomina zdobyte w walce trofeum). Pragniemy tej naszej czystości wsłuchane w zachwyt Oblubieńca nad Oblubienicą w Pieśni nad Pieśniami (zawsze czuję się trochę onieśmielona tą księgą, czy na pewno wypada czytać tak piękne i osobiste wyznania?). Ten, Który nas stworzył, pragnie, by nasze serca były czyste, by nasze ciała były prawdziwie świątynią Ducha Świętego, by dawały życie i by były oddane innemu człowiekowi w całości i na zawsze w prawdzie sakramentalnego TAK. Także mężczyźni takich nas pragną, choć pewnie doświadczenia wielu z nas wydają się temu przeczyć.

Utrzymanie tej bieli bywa trudne. Nawet bardzo. Także nam kobietom, choć zwykle mówi się, że to męski problem. O samozaspokojeniu i o radości, jaką daje seksualność (oczywiście zupełnie bez kontekstu płodności), przeczytamy we wszystkich „babskich” gazetach. Zachęcone tą „normalnością” bardzo łatwo możemy uprzedmiotowić nasze ciało, zapominając, kim jesteśmy (córkami samego Boga), czego jesteśmy warte (tego, by sam Bóg oddał za nas życie) i do jak wielkich rzeczy zostałyśmy stworzone (do tego, by dawać życie).

Z jeszcze innego powodu, niezupełnie związanego z naszą kulturą, zachowanie czystości bywa trudne dla kobiet. Przez pragnienie miłości, przez tę przeraźliwie ogromną tęsknotę wylewającą się aż z serca, tęsknotę za byciem kochaną, wybraną, za byciem jedyną i najważniejszą, za byciem w całości dla kogoś. Zdarza się więc, że ona zaślepiona tymi pragnieniami, czasem też w poczuciu przymusu i braku innych rozwiązań, oddaje się jemu, być może z nadzieją, że on jej już nie zostawi, bo przecież o taki Dar trzeba zadbać, trzeba go przez całe życie chronić. Ale on przecież nie obiecał, że będzie, jeszcze nie ślubował, jeszcze w całości ciebie nie przyjął, choć ciało, wydawałoby się, mówi coś innego (mowa ciała może kłamać). On jeszcze może cię zostawić, może się rozmyślić i może się okazać, że to między wami to wcale nie miłość. Że nie dało się przyspieszyć jej rozwoju, bo dysonans był zbyt ogromny. Że choć ciała mogły się dopasować, to serca nigdy się nie złączyły.

Miałam w życiu szczęście. Spotkałam mężczyznę, z którym nie musiałam nawet rozpoczynać tak trudnej dla wielu dziewczyn rozmowy: wiesz kochanie, a ja bym chciała z tym poczekać do ślubu… Wprost przeciwnie – każdego dnia to on niczym rycerz bronił granic naszej intymności i dbał przede wszystkim o bliskość naszych serc. Pragnął zobaczyć mnie w bieli. Mówię „miałam szczęście”, bo to nie jest moją zasługą. Nasza walka o czystość nie była (choć przecież była) próbą wielkiego ognia, bo… byliśmy w tym razem. Nie walczyliśmy przeciwko sobie. W odpowiedzi na to ogromne pragnienie bycia kochaną usłyszałam: chcę cię całą... jako moją żonę.

Nie doświadczyłam rozdarcia, przez które przechodzi niejedna dziewczyna, gdy najpierw musi sama zmierzyć się ze swoimi pragnieniami, najwyższymi wartościami a postawą tego, którego pokochała. Niekiedy dokonuje się coś na miarę cudu - on urzeczony jej wytrwałością i pięknem, zgadza się poczekać. Nie zawsze rozumie, nie zawsze podziela jej spojrzenie, ale podejmuje wyzwanie. Często jednak to ona w końcu rezygnuje ze swoich ideałów, zagłusza sumienie, zniechęcona próbuje się dopasować, szukać kompromisu tak jakby między dobrem a złem było coś pośredniego. Ile razy to słyszałam: nie da się jednak inaczej, kiedyś też chciałam czekać do ślubu, to przecież nic wielkiego, dziś tak wszyscy robią, trzeba się sprawdzić… Czasem szuka usprawiedliwień, potwierdzeń, że nie jest to całkiem najgorszy scenariusz. Albo wprost przeciwnie: obwinia samą siebie i słyszy w sercu powracające pytanie: czy na pewno w bieli będzie mi do twarzy? Czy można było inaczej? Można było. Ale przede wszystkim nadal można.

Biel wydaje się jednorazowa. Doskonale znamy te nieznośne plamy, których nie można doprać, a nawet jeśli znikną, pozostaje to dziwne poczucie, że coś z materiałem jest nie tak – jest odrobinę cieńszy albo nienaturalnie bielszy. Ta biel jest inna. Tak, można iść w białej sukni, w welonie i naprawdę być czystą, nie będąc dziewicą. Można tak bardzo zapragnąć zmiany i tak bardzo rozkochać się w czystości, by zacząć od nowa, w każdej chwili. Bo ta czystość to coś więcej niż stan biologiczny. Widziałam i słyszałam o takich cudach. Słyszałam też o takich pragnieniach przepełnionych lękiem i niewiarą na zmianę. A On przecież wszystko może. Bóg jest perfekcjonistą, On potrafi sprać z naszych szat to, co wydaje się już na zawsze wtopione w tkaninę, potrafi załatać dziury i braki tak, że nie ma po nich śladu, potrafi przywrócić to, co wydaje się utracone na zawsze. On potrafi to, co krwawi przez lata, w jednym momencie uleczyć.

Dam wam serce nowe (Ez 36, 26)

Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję (Ps 51, 9)

Każdej z nas do twarzy w bieli. Tej bieli, która pochodzi od Niego.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS